wtorek, 29 marca 2016

Pamiątka

Moja wnuczka skończyła rok. Pisałam o tym TU
Z okazji urodzin bardzo chciałam dać Jej w prezencie coś, co będzie pamiątką  z pierwszego okresu Jej życia. 
Długo myślałam , kombinowałam, aż zupełnie przypadkowo wpadłam na pomysł zrobienia fotoksiążki. 
I to był strzał w dziesiątkę!

Wystarczy wejść na odpowiednią stronę, zarejestrować się i można zupełnie samemu stworzyć książkę na temat, który sami wybierzemy. 
My decydujemy, jaki zastosujemy szablon, jakie będzie tło i kolory i jakie zdjęcia wybierzemy z rodzinnego albumu. Sami też wymyślamy tekst, który umieścimy w książce. 

Nie muszę chyba opowiadać jaką zabawę mieliśmy (ja, mój K i moja młodsza córka)  z tworzenia książki. Łzy wzruszenia Mamy Zosi- bezcenne:)
A co sama Zosia na to?
Popatrzcie sami:







  



Oddechu mi trzeba


Czasem jest tak, że rzucamy wszystko i gnamy przed siebie. Droga prowadzi sama, a my chłoniemy co się da i cieszymy jak dzieci, że wiosna, że krokusy i, że jeszcze góry takie ośnieżone, a nisko już ptaki się grzeją w pierwszych mocniejszych promienie słońca.
Rozglądamy się łapczywie i chcemy jak najwięcej zatrzymać dla siebie. Naciskamy spust migawki i zostawiamy na potem do obejrzenia jakimś późnym wieczorem.

I tak jedziemy, a problemy i zmartwienia zostają za nami.
I choć to tylko jeden krótki dzień, to dzień tak bardzo potrzebny, żeby móc jutro wstać i zacząć zwyczajne życie z pospiechem i tą gmatwaniną trosk.
Bo ktoś z rodziny w szpitalu bardzo chory, bo trzeba załatwić milion spraw, bo jutro może być trudniejsze od dnia dzisiejszego i samo myślenie o tym przyprawia o ból głowy.

Ale to wszystko dopiero jutro.

A dziś oddech tak głęboki, że starczy na zapas.

















 





sobota, 26 marca 2016

Wesołych Świąt!

Wielka Sobota, przygotowania zakończone.
We wszystkich domach niby podobnie: koszyczek, mazurek, barszcz, ale każda gospodyni robi to po swojemu. Każdy stół inaczej nakryty, jajeczka innym sposobem barwione, tu mazurek z lukrem, a tam z kajmakiem.
Jedno w tym wszystkim najważniejsze: spędzamy czas z rodziną i myślimy o tych, z którymi nie możemy usiąść przy wielkanocnym śniadaniu bo daleko.

Z okazji nadchodzącej Wielkiej Nocy życzę wszystkiego co najlepsze.
By te Święta były piękne, radosne, wypełnione miłością bliskich.


















czwartek, 24 marca 2016

Dom mój

Co to właściwie dom?
Niektórzy go nie potrzebują, bo ciągle w drodze. W plecaku mają całe życie. Dziś tu, jutro na drugim końcu świata. Nie potrzebują tego samego kubka do herbaty, tego samego widoku za oknem, tego samego stołu, przy którym siądzie rodzina.
Ja potrzebuję i choć lubię podróże bardzo, to świadomość, że tam gdzieś czeka to moje miejsce, jest mi potrzebna jak powietrze.
Kiedyś była taka noc... wyszłam  z nowego, dopiero co wykończonego domu i już tam nie wróciłam. Było mi żal, ale wiedziałam, że zostawiam tylko budynek i rzeczy.
Bo dom jest tam, gdzie chcemy wracać, gdzie jest nam dobrze i bezpiecznie.
I wiem jak trudno zostawić wszystko, dobrze znam ten strach, że może się nie uda, że przecież dzieci, że czegoś im nie zapewnię, że zmiana ich dotknie tak, że sobie nie poradzą.
A na dodatek blondynka obejrzała kiedyś "Ja wam pokażę" i uparła się na dom, choć wszyscy pukali się w czoło, odradzali, godzinami próbowali "wybić z głowy".
Ale Grochola miała większą siłę przekonywania i blondynka któregoś dnia, dzięki Grocholi i rudowłosej koleżance, która pokazała jej ogłoszenie w necie, kupiła... budowę.
I powstał domek w Beskidach z niepoprawnych marzeń, determinacji, i z obietnicy danej dziesięciolatce, że już niedługo znów będzie miała własny pokój, podwórko i psa.
I jest pies, i jeszcze świnka morska, i  30 pięknych pyszczków w akwarium. Pełna chata jak nic!
Oczywiście nie obeszło się bez różnych katastrof i  końców świata w trakcie wykańczania domu. Wiele niedokończonych rzeczy wciąż jeszcze czeka na swoją kolej.
Ale to nie ma znaczenia, bo mamy  swoje miejsce, stół w wigilię, widok z balkonu na Skrzyczne, trawnik do koszenia i drewniany taras z którego oglądamy gwiazdy.
















środa, 23 marca 2016

Ona

Poznałyśmy się w czwartej klasie podstawówki. Przez lata byłyśmy blisko siebie. Nie takie przyjaciółki nierozłączki, ale  zawsze w kontakcie.
Po szkole, mniej więcej w tym samym czasie wyszłyśmy za mąż. Gdy ja po dziesięciu latach małżeństwa urodziłam drugie dziecko, ona postanowiła zajść w pierwszą ciąże. Przez jakieś problemy z hormonami zaczęła robić dokładniejsze badania.
 Któregoś dnia zadzwoniła jak zwykle.
-Mam guza w głowie...poważnego, operacja, małe szanse...
W głowie miałam pustkę,
- Co Ty gadasz - powiedziałam głupio.
Nie żartowała, nikt się nie pomylił, nie wkręcał i nawet nie był to głupi sen.

Za jakiś czas znów zadzwoniła.
- Jutro idę na operacie, mogę przyjść?
- Dawaj - powiedziałam i rozejrzałam się po domu, w którym właśnie był remont i żaden grat nie stał na swoim miejscu.
Za chwilę siedziałyśmy w mojej kuchni, między folią zwisającą z mebli, a wiaderkami z farbą.
O czym można rozmawiać w takim momencie? Co można powiedzieć komuś, kto ma tak małą szansę na przeżycie?
Wiem, nikt nie ma gwarancji...nikt nie wie, co będzie za 15 sekund, za minutę, za godzinę...
Ale nie wiedzieć, a wiedzieć to olbrzymia różnica. Różnica, która zmienia wszystko. Różnica, która nie pozwala paplać jak dawniej o ciuchach, firankach i głupiej Aśce. Różnica która nie pozwala śmiać się, planować...
I przez to, że wiedziałyśmy, wszystko było inne.
Nagle rzeczy ważne do tej pory przestały mieć jakiekolwiek znaczenie: remont, nowy samochód, telewizor... 
Siedziałyśmy, a ja nie wiedziałam jak rozmawiać.
Tak dużo wiedzy wkładają nam do głowy w szkołach, ale tego najważniejszego nikt nie uczy.
Nie było ani jednej lekcji z  życia, albo ja wtedy byłam na wagarach.
Najdziwniejsze, że tamto nasze spotkanie pamiętam bardzo dokładnie, a te inne, wcześniejsze "z przed", są bardziej wyblakłe.

I dziś, w tym świątecznym zamieszaniu, w tym napięciu, czy się zdąży z pasztetem i czy ciasto będzie w sam raz, przypomniałam sobie o Niej.
I o tym, że trzy lata później, w małej izolatce, przypięta do maszyn, które za Nią oddychały...
I o tym, że tak leżała kilka miesięcy...
I o tym, że zanim trafiła do tej izolatki, urodziła ślicznego chłopczyka...
I o tym, że w tej izolatce zostawała całkiem sama na całe długie noce...
I jeszcze to, że jak widziałam Ją ostatni raz, to mówiła do mnie... nie wiem co, bo przez respirator nie mogłam zrozumieć.

W tej izolatce, przez osiem miesięcy miała swoją własną drogę krzyżową.
I chyba za cudze grzechy, bo jakież miała Ona? Czasem kogoś obgadała, czasem komuś może zazdrościła, posprzeczała się z mężem - nic wielkiego, każdy ma  podobne głupstwa na sumieniu.

Bardzo długo nie mogłam się przyzwyczaić, że już nie zadzwoni i nie pogadamy o tych głupich firankach.










 

wtorek, 22 marca 2016

Babcia

Kiedy dowiedziałam się, że moje córka spodziewa się dziecka, dotarło do mnie, że zostanę babcią.
Co to za słowo?-myślałam sobie. A tak naprawdę nie chodziło o słowo, tylko o pewien etap w życiu. Etap w którym kobieta staje się mniej atrakcyjna i przemijanie widać bardziej niż dotychczas.
Czekałam z niecierpliwością na nowego członka rodziny, ale nie mogłam sobie wyobrazić tego, że to już dotyczy mnie. Ja babcia? Jak to? 

Zobaczyłam Ją kilka minut po porodzie no i BUM!!
Pierwsza myśl, że dla niej mogę być babcią, dziadkiem i czym tylko trzeba będzie.
I jestem! Z największą radością, przyjemnością jestem babcią pewnej małej Księżniczki, która skradła serca całej rodziny.
Jest idealna, wyjątkowa....jest Cudem.
Wiem, wiem...wszyscy tak myślą patrząc na swoje dzieci czy wnuki :)

Dziś kończy rok i dlatego ten wpis.
To był dla nas rok wyjątkowy. Jej beztroska radość zmienia naszą rzeczywistość każdego dnia.
Odkąd jest z nami, wszystko nabrało innego wymiaru.








niedziela, 20 marca 2016

Gdzie jestem?

Pisanie to taka terapia, która pozwala zajrzeć do środka "mojego ja" (duszy, serca, a może głowy - kto jak woli).
Piszę i zwalniam, zatrzymuje się, czasem wracam do rzeczy, do chwil prawie już zapomnianych.
Wyblakłe wspomnienia  znów nabierają kolorów.
Ale nie wspomnienia są tu najważniejsze tylko ja. Poznać siebie, zaakceptować, pokochać...
Zawsze łatwiej kogoś, a co z nami?
Pędzimy, staramy się, myślimy zawsze o o niej, o nim, o nich... 
Może nawet czasem za bardzo, może czasem to przeszkadza i wcale nie jest im tak potrzebne?
Tylko jak tu się zatrzymać, jak znaleźć siebie w tym wszystkim?
Jak  polubić  i najważniejsze nauczyć się być  ze sobą? Jak dogrzebać się do tego co mamy w sobie, jak odkryć kim jesteśmy naprawdę?
Szybko, w biegu, cel za celem, poniedziałek, piątek i chwila oddechu w weekend albo i nie, bo dom, bo zaległości we wszystkim. Jak zatrzymać karuzelę, jak  dostrzec co ważne, a co nie?
Pewnie jest wiele sposobów, psycholodzy mają swoje, "wróżki"  swoje.
Każdy coś radzi, poucza i daje recepty.

Ale gotowego lekarstwa nie ma.
Tego trzeba się uczyć stopniowo, krok za krokiem poznawać siebie.
I z jednej strony to przecież takie oczywiste, że to potrzebne bo bez naszego Ja nie znajdziemy spokoju i szczęścia, a z drugiej tak łatwo to przeoczyć.










Czasu nie cofnę


Taki obrazek: dom rodzinny, mama przy kuchni, ja przy oknie, a za oknem drzewa jeszcze wtedy.
Teraz tam stoi dom.
Wtedy na tych drzewach pełno ptaków: gile, sikorki, sroki, wróble, dzięcioły z czerwonymi czapeczkami...
Teraz ptaków już nie ma.
Zimą w kuchni ciepło, na kuchni zawsze obiad i zawsze spokój w domu.
Rodzice nigdy się nie kłócili i szanowali się do końca swoich dni.
Maiłam dzieciństwo bez klucza na szyi, z matką która czeka na dzieci, a nie dziećmi czekającymi, aż matka wróci z pracy.
Czekałam na Tatę, bo powrót Taty z pracy to było wydarzenie.
Wszystko trzeba Mu było opowiedzieć poklei. A przecież od rana tyle ważnych rzeczy się stało: a to kubek potłuczony, a to stopnie w szkole, a to siostra powiedziała, że...
Po powrocie z pracy Tata był dla nas. Miał zawsze cierpliwość i siłę.

A moje dzieci?
Miały, mają dom zupełnie inny.
Gdy moja córka skończyła 7 miesięcy wróciłam do pracy.
W domu opiekunki: jedna, druga, potem przedszkole szkoła i klucz na szyi.
Wszystko szybciej, wszystko inaczej.
Młodsza nadal ciągle pyta, kiedy wrócę z pracy.
Zastanawiam się ile mi umknęło z  ich dzieciństwa?
Ile pierwszych słów wypowiedziały przy kimś innym?
Ile nowych rzeczy odkryły nie na moich oczach ?
Ile razy ich brudne buzie wycierały obce ręce?
Ile babek z pisaku stawiały dla kogoś innego?

Przeleciało, a czasu nie cofnę.