wtorek, 26 kwietnia 2016

Powiedzieć sobie dość

Ostatnio bardzo modne stało się zachęcanie ludzi do rozwoju, do bycia doskonalszym, do pokonywania słabości.
Zewsząd atakują nas hasła mówców motywacyjnych, trenerów fitnessu.
Mówią, że wystarczy zacząć, że każdy może, że siła jest w nas...

To wszystko racja, tylko świat tak nakręcił się na wynik, że żeby być na topie, trzeba cały czas walczyć, gnać do przodu, wspinać się schodek po schodku. Nawet matki małych dzieci muszą być idealne, kreatywne i najlepiej zawsze w pełnym makijażu. O zbędnych kilogramach po porodzie raczej mowy nie ma.
I nie mam nic przeciwko rozwojowi, pogłębianiu wiedzy i pokonywaniu własnych słabości. Tylko w tym wszystkim musi być jakiś umiar. Nie może być tak, że za każdym razem, gdy tylko próbujemy złapać oddech i przysiadamy na swojej kanapie, która po to przecież jest żeby czasem na niej przysiąść, albo rozłożyć się na całego, dopada nas ten okropny, wielki wyrzut sumienia i spycha z tej kanapy bardzo skutecznie.
Ale jak ma nie spychać, skoro wszystkie koleżanki pędzą właśnie a to na siłownię, a to na kurs języka, albo chociażby do fryzjera, no i te paznokcie i jeszcze joga...
A ty masz właśnie gorszy dzień, nie chce Ci się nic, ale myślisz , że jeśli zaraz nie poderwiesz swoich czterech liter, to będziesz gorsza.
To dręczące poczucie niewykonanego obowiązku nie pozwala się zrelaksować i porządnie odpocząć.
Zapętlamy się w tej gonitwie i latamy jak chomiki  swoich kołowrotkach, nie potrafiąc już wysiąść.

Ale przecież czasem takie "nic nie robienie" ma bardzo duże znaczenie dla nas, dla naszej rodziny i dla naszego życia. Takie chwile mogą zmienić bardzo dużo.
Z kubkiem herbaty możemy posłuchać o wszystkich nieszczęściach, które przytrafiły się właśnie  naszym dzieciom, pogadać spokojnie z drugą połówką, albo nie gadać z nikim, zamknąć drzwi od środka i słuchać tylko siebie.

I wcale nie musimy być idealni, bo idealni, a szczęśliwi to wielka różnica.
I nasz dom też nie musi być idealny, wystarczy tylko, żeby był szczęśliwy.





 


niedziela, 24 kwietnia 2016

Strach największy

Jest pewien rodzaj strachu, który potrafi zrobić z  mózgiem tak, że człowiek nagle nie wie do czego służą  przedmioty, których używał od dawna.

Prawie 14 lat temu pewna kobieta spodziewała się drugiego dziecka. Miała już jedną córkę, którą urodziła 10 lat wcześniej. Dziesięć lat, to wystarczająco długo, by znowu wejść w etap zaglądania do cudzych wózków i wąchania obcych niemowlaków. 
Ciąża przebiegała książkowo, a  ona miała zaufanego lekarza prowadzącego więc czuła się dość pewnie.

Na rodzeństwo czekała córeczka kobiety, bo dawno znudziło jej się bycie jedynaczką i o niczym tak nie marzyła, jak o siostrzyczce. No ostatecznie mógł być brat, ale to tak z " braku laku...".
Dziewczynka miała psa i chomika, bo rodzice nie chcieli, żeby była zupełnie  samotna, ale żadne zwierzątko nie jest w stanie zastąpić rodzeństwa.
Powiem Wam jeszcze, że  któregoś dnia, kilka miesięcy wcześniej, chomik, którym opiekowała się dziewczyna, nagle przeniósł się na tamten świat. Rozpacz była straszna, łez kapało mnóstwo. Tego dnia mama dziewczynki  czuła się inaczej niż zwykle i postanowiła zrobić test ciążowy, na którym pokazały się dwie różowe kreseczki.
Córeczka płakała, a mama w tej bezsilności nad rozpaczą swojego dziecka powiedziała, że owszem chomika nie ma, ale za jakiś czas pojawi się rodzeństwo.
Wiedziała, że  mówi to za wcześnie, ale bardzo chciała, żeby jej córeczka też mogła się cieszyć.

Od tamtej pory czekały razem, wybierały wózek, ubranka. Razem oglądały rosnący brzuch i któregoś dnia zobaczyły jak mały gość rusza nóżkami.
Gdy przyszedł czas, w ciepłą lipcową sobotę  maleństwo zostało wyjęte z brzucha. Piszę wyjęte, bo akcja porodowa nie chciała się rozwinąć i poród zakończył się cięciem.
Radość była ogromna, urodziła się śliczna dziewczynka i na dodatek zdrowa.
 Matka obolała po cesarce, uśmiechała się do personelu i bliskich, bo był to drugi, najszczęśliwszy dzień w jej życiu.
Rano przyszła starsza siostra i wszyscy patrzyli jak Mała i Duża pierwszy raz wzięły się za ręce. Oczywiście w domyśle: Mała ścisnęła palec Dużej.
Potem wpadła pielęgniarka i zabrała maluszka na rutynowe zabiegi: kąpiel, badanie itp.
Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że już za moment zacznie się wielki wyścig, którego wygraną będzie życie.
Matka odpoczywała po zabiegu i spokojnie czekała , aż położna przyniesie jej córeczkę.
W pewnej chwili  zorientowała się, że coś się dzieje. Na oddziale powstało wielkie zamieszanie. Pielęgniarki dzwoniły, lekarz krzyczał, a matka podłączona do kroplówek umierała ze strachu, ale jeszcze wtedy miała nadzieję, że to wszystko nie dotyczy jej dziecka.
 W końcu przyszedł lekarz, wziął kobietę za rękę i powiedział, że trzeba dziewczynkę ochrzcić, bo jej stan jest bardzo zły.  
Dziecko miało krwotok wewnętrzny, a oddział w szpitalu rejonowym nie był odpowiednio wyposażony,  by udzielić specjalistycznej pomocy.
Matka wzięła telefon do reki, patrzyła na klawiaturę, ale  z tego wielkiego lęku o własne dziecko nie potrafiła wybrać numeru do najbliższych. Nie potrafiła wykonać czynności, którą robiła wcześniej tysiące razy.
Lekarz wezwał karetkę ze szpitala okręgowego, ale karetki nie było. Krwi tez nie było, a dziecko słabło.
Ordynator i młoda lekarka robili co mogli, żeby uratować dziewczynkę.
W końcu, to chyba była wieczność, przyjechała karetka z inkubatorem i maluszek został zabrany do szpitala wojewódzkiego.
Matka pomyślała sobie wtedy, że gdyby tak się stało, że... to nie będzie pamiętać twarzy własnego dziecka, bo przecież tak krótko je widziała.
Ale minęło prawie 14 lat i pamięta dokładnie tę małą  buźkę, owiniętą w szpitalny kocyk.
Pomyślała sobie też, że gdyby tak.... to jej Matka, która dwa lata wcześniej odeszła zaopiekuje się przecież tym maleństwem.

Kobieta leżała sama całą noc i nie wiedziała nic. Nie miała odwagi myśleć, nie miała odwagi marzyć o tym, o czym marzą szczęśliwe matki po porodzie: o powrocie do domu, o zapełnionym łóżeczku, o pierwszej kąpieli w towarzystwie starszego rodzeństwa.
Trzymała  telefon w ręce i czekała.
Czasem noc może być bardzo krótka, ale tamta była najdłuższą nocą, jaką kobieta przeżyła.

Nie będę Was trzymać w niepewności, i zdradzę,  że rano stan dziecka był już lepszy, a krwotok  zatrzymano. 

Za rok, kiedy matka była w przychodni z maluszkiem na jakimś szczepieniu, młoda lekarka, która ratowała dziewczynkę tamtego dnia, podeszła na korytarzu, pochyliła się nad nią i powiedziała: "Mała strasznie fajnie cię widzieć w takim stanie. To był najgorszy dyżur w moim życiu".

Tamta dziewczynka, a raczej już nastolatka, ma teraz prawie 14 lat,  uczy się bardzo dobrze i uwielbia sport. Najbardziej kocha piłkę nożną. W jej pokoju wiszą plakaty piłkarzy, a na podwórku musiała stanąć obowiązkowo bramka. A gdy pytamy co jej  kupić w prezencie od powiada: buty do nogi (kolejne, bo właśnie chciałaby jakieś nowsze), albo piłkę, bo takiej jeszcze nie ma.

Oczywiście, że takich historii jest mnóstwo. Tysiące matek przeżywa  jeszcze trudniejsze chwile.
Ale właśnie ta matka, od  14 lat już wie , że nic w życiu nie jest oczywiste, że życie jest bardzo kruche i, że najważniejsze są te małe szczęścia, takie zupełnie zwykłe i codzienne.
Te małe szczęścia składają się jak puzzle i tworzą obraz naszego życia.

I jestem pewna, że prawie każdy z Was miał taki moment w życiu, że wszystko od tamtej pory  nabrało zupełnie innego znaczenia.








poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Zatrzymać chwile

Zazwyczaj nie rozstaję się z aparatem i fotografuję co się da i gdzie się da. Często robię zdjęcia moim bliskim, a oni cierpliwe znoszą namolnego fotografa amatora.
A tak poważnie, to cykam ciągle te zdjęcia, bo chcę zatrzymać chwile, momenty te ważne i te bardzo powszednie. Wiem, że drugi raz to samo się nie zdarzy.
Każda minuta może okazać się wyjątkową więc chyba warto naciskać spust migawki.

Ne jestem ekspertem w dziedzinie fotografii, ale nie przejmuję się tym, bo najważniejsze dla mnie są emocje. Na zdjęciach zatrzymuje  chwile z mojego życia, a potem mogę wracać  do tego jeszcze raz i jeszcze raz.
I mamy wielkie szczęście, że technika tak poszła do przodu. Robimy olbrzymie ilości zdjęć, wybieramy te, które  są lepsze i w zasadzie każdy ma dostęp do aparatu fotograficznego.

Dawniej zdjęcia były czymś szczególnym. Robiło się je w sytuacjach bardzo wyjątkowych, no i trzeba było koniecznie umówić się z fotografem. Stare fotografie, czarno-białe, czy w sepii, mają magiczny klimat. Przechowywane latami są dla nas obrazami z przeszłości.
Zdjęcie mojej Mamy, zrobione w dniu Jej Pierwszej Komunii, stoi u mnie w domu oprawione w ramkę. To jedna z najcenniejszych pamiątek, które po Niej pozostały.
A jak to jest u Was? Czy też robicie zdjęcia przy każdej okazji?












sobota, 16 kwietnia 2016

Mój świat

Mój świat to:
dom wypełniony swoimi, nawet jak jest głośno i skupić na niczym się nie można, ale bez tego wytrzymuję najwyżej pół dnia,
poranna herbata na drewnianym tarasie, gdy trawa jeszcze w rosie,
wieczory późne i takie ciepłe, że na balkonie można posiedzieć bez swetra,
lato-upalne koniecznie,
filmy w piątkowe wieczory, na kanapie przy swoich. Nawet jak zasnę w połowie to nic.
i jazda na rowerze, bo wiatr we włosach i wtedy wszystkie problemy daleko.
i pośpiech rano, bo nie zdążę do pracy,
i czasem płacz, bo już koniec świata, a za parę godzin ten koniec świata wydaje się taki śmieszny...

I  wzruszenia z byle czego,
że On ni z tego, ni z owego, tak w środku dnia zapyta, czy wszystko w porządku i zawsze zasypiając bierze za rękę. (W snach w różne miejsca wędrujemy, często każde osobno ze swoją przeszłością i niepewną przyszłością się mierzy więc przydaje się ten uścisk dłoni na dobranoc i świadomość, że wyrwana złym snem zawsze nos mogę przytulić do Jego ramienia)
 A ile wzruszeń tej z małej łapki, która wali po klawiaturze laptopa  i wszyscy w strachu, bo zaraz przez przypadek naciśnie jakąś kombinację klawiszy i będzie katastrofa.
Ale co tam katastrofa! Ona potrafi i jesteśmy dumni!
 I z tego, że One choć zazwyczaj tysiąc wojen przez cały dzień potrafią wszcząć, to gdy trzeba, zawsze staną za sobą i przy sobie. W sprawach ważnych zawsze są wsparciem.
 I z psa, którego wyratowały ze schroniska, a pies godzinami za to przy drzwiach potrafi czekać, aż wrócą do domu.
A On po tego psa jechał 340km, jakby psów bez domu nie było bliżej, ale wszystkim się zdawało, że ratować trzeba właśnie tego.
I dobrze się zdawało.


Mój świat to też muzyka i nie powiem jaka, bo nie umiem wybrać. Tyle jest pięknej, a każdy dzień potrzebuje innego klimatu. Zależy od tego co "w duszy gra". Pamiętam jak usłyszałam Dorotę Osińską śpiewająca Calling You i potem słuchałam  w kółko i w kółko.
To, co napisane to też mój świat, i znów tak na "trzy cztery" nie potrafię powiedzieć do czego najbardziej mnie ciągnie, bo tyle mądrych rzeczy powstało. I tylko przykro, że tak  mało czasu, żeby tego wszystkiego dotknąć.

Mój świat to tez marzenia, ale kto ich nie ma.
Marzenia większe, mniejsze, te realne i te o których wiemy, że za nic nie dadzą się spełnić.
To one nas pchają do przodu.

Mój świat jest zwyczajny, podobny do innych przeciętnych światów, ale nie do końca.
Przecież każdy  ma swoje  "lubię, nie lubię", swoje wzruszenia, marzenia i swoje własne powody do łez. 











 
.






czwartek, 14 kwietnia 2016

Pozory czasem mylą

Opowiem Wam o pewnym zajściu i nie jest to historyjka zmyślona specjalnie na potrzeby bloga.
Rzecz działa się kilka lat temu w Polsce, w ośrodku, gdzie odbywały się imprezy integracyjne.
I właśnie  tam pracowała grupka mężczyzn. Zakładali stanowiska do tyrolek (takie zjazdy na linie w uprzężach), a że robili to już dziesiątki razy, to raczej się na tej robocie dobrze znali. Razem z nimi pracował chłopak, który poruszał się o kulach. Nie było to zwichnięcie i czy chwilowa niesprawność. O kulach chodził już od kilkunastu lat.

I gdy tak sobie pracowali, podeszła grupa osób, pracowników jakiejś dużej firmy. Firma zafundowała im wyjazd integracyjny, a atrakcją miały być zjazdy na tyrolce.
Jak to zwykle bywa na imprezach integracyjnych, wśród zwykłych pracowników był też szef, człowiek ważny i do tego ważniak straszny. Z pogardą patrzył na innych, bo z jakichś przyczyn wydawało mu się, że ma więcej, wie więcej i w związku z tym ma prawo do wyrażania  opinii na tematy wszelakiego kalibru.
Spojrzał więc na chłopaka niepełnosprawnego i mówi, a raczej pokrzykuje:
-Co wy tu Wyprawiacie?! W ogóle nie macie pojęcia o takiej robocie!
Chłopak podniósł głowę, a że skromny i grzeczny to cicho powiedział:
- My chętnie wysłuchamy Pana uwag.
- Ja nie będę marnował czasu, żeby Wam tłumaczyć!-burknął Pan Szef
- To może zechce Pan chociaż powiedzieć, gdzie zdobył wiedzę w tym temacie?- ciągnął sprawę chłopak.
- Ja mam  bardzo duże doświadczenie! Dużo się wspinam! Chodzę po górach!
- A jakie góry Pan zdobył?-pyta cierpliwie chłopak.
- Byłem na Kilimandżaro!-oznajmił wszystkim.
- A którą drogą ? Tą trudniejszą?- i tu pada nazwa trudnego szlaku.
-A skąd! To droga dla wybitnych wspinaczy, ja szedłem tą łatwiejszą! To też bardzo trudna droga! Nawet nie ma  Pan pojęcia, jak trzeba być dobrze przygotowanym, żeby ją pokonać!
- Dobrze, a gdzie jeszcze Pan był?-chłopak drąży temat.
- Na Mont Blanc!-wykrzykuje Szef.
- A jaką trasą?- i znów chłopak wymienia trasę trudniejsza.
I sytuacja się powtarza, bo Pan Szef wchodził trasą łatwiejszą.
Wypytał Ważniaka o jego pozostałe sukcesy wspinaczkowe, a gdy już miał zarys całej sprawy, spojrzał mu w oczy i powiedział:
- Co to za góry Pan zdobywał? Ja byłem we wszystkich tych miejscach, tymi samymi trasami i szedłem o kulach. Na Kilimandżaro dwa razy, na Mont Blanc dwa razy, na Elbrus, na Aconcaguę  też. I przyzna Pan , że to chyba żaden wyczyn, skoro taki kaleka jak ja zdołał tam wyjść.
Pan Szef bez słowa wpiął się w tyrolkę i zjechał.
Cała rozmowa przebiegała przy grupie jego pracowników. Ich szczere uśmiechy po oddaleniu się Wszystkowiedzącego zdradzały, jak dużą satysfakcje mieli z tego zajścia.

A chłopak nie kłamał, bo mimo złamanego kręgosłupa i dużego niedowładu kończyn, stanął na szczytach tych gór i nie był wnoszony, ani wciągany. Wszedł tam o własnych siłach.  I robił mnóstwo innych rzeczy, których nie powinien robić: malował dachy kościołów, ściągał azbest z wieżowców, sam zaprojektował i budował park linowy. Przez lata był właścicielem firmy, która wykonywała prace alpinistyczne. Wszystko to robił już po wypadku.

Nie można osądzać ludzi po pozorach, bo łatwo się pomylić i zaliczyć "wtopę". Takich tekstów używa czasem moja córka :)
A tak poważnie, trzeba patrzeć poza to co widzimy. Białe czasem nie jest białe...

I tak można w nieskończoność, ale najważniejsze, to być po prostu człowiekiem.








piątek, 8 kwietnia 2016

Chwilo trwaj

Krok za krokiem... czasem  pomału, czasem szybciej.
Czasem kilka do tyłu.
Cel za celem.
Bitwa za bitwą.
Bitwy różne, te mniejsze i te, w których ważą się losy.

Czasem radość taka, że dech zapiera.
Radość z byle czego, bo przecież umiemy jeszcze, jak małe dzieci tak zupełnie się wyłączyć i cieszyć.
I z kolejnej kłótni córek też, bo są zdrowe i wiesz, że kłócą się o pierdołę, ale za sobą w ogień tak naprawdę.
I z tego deszczu... - a niech sobie pada!
A, że zimno, a tu sobota i... - to nic, bo jest pretekst, żeby posiedzieć razem na kanapie i obejrzeć wreszcie coś.
Wszystko "na nie" a człowiekowi akurat  z tym dobrze.

Ale czasem jest inaczej.
Świeci słońce, inni się śmieją, nie mają kłopotów, a Ty masz właśnie kumulację.
Przecież nie w totka, bo jedyne co wygrałaś w życiu, to talon na festiwalu filmowym.
Talon Na co?
Na pizze!
I nie ma się z czego śmiać, bo to była poważna pizza XXL.

I dociera do ciebie wreszcie, że wygrałaś jeszcze los na loterii.
Masz obok siebie człowieka, który z Tobą przetrwał już niejeden sztorm.
Masz córki, fajne dziewczyny  i choć czasem to ich gadanie chciałabyś wyłączyć jednym guzikiem, to bez tego dom nie ma najmniejszego sensu.

I co, że może ktoś ma lepiej ? 
A niech tam sobie ma: lepszy dom, lepszy samochód...lepsze wszystko.

Wydaje ci się że masz niewiele, ale w pewnej chwili dociera...
A co by było gdybyś to wszystko straciła?

I dopiero teraz to "niewiele" staje się WSZYSTKIM - niezbędnym i najcenniejszym.
I drżysz ze strachu bo dobrze wiesz, że  czasem wystarczy jedna chwila...
I zaklinasz i modlisz się o to swoje WSZYSTKO.

Chwilo trwaj...


















wtorek, 5 kwietnia 2016

Bez celu umiera

"Bez celu umieram" - kiedyś powiedział w jednym z wywiadów po zdobyciu kolejnej góry, a media uznały to za jego motto życiowe.

I chyba faktycznie "umiera", jak tylko nie ma planu i pomysłu na "coś jeszcze".
Niektórzy twierdzą, że osiągnął dużo, bo był nawet  tam, gdzie jeszcze żadna osoba o kulach nie weszła.
On mówi, że to nic takiego.

Miał 21 lat, gdy jedna chwila nieuwagi zabrała mu zdrowie i najlepszego przyjaciela.
Gdy większość jego rówieśników wchodziła w dorosłość, On zaczynał swoje drugie życie - życie po wypadku.

Wyobraź sobie:
masz 21, zdrowie, młodość, przyjaciół, dziewczynę, ukończony kurs wspinaczkowy, kochasz góry... a i najważniejsze - masz przecież nogi, które potrafią biegać.
(Te biegające nogi będą Mu się śniły jeszcze przez kilka lat)

I nagle leżysz w łóżku szpitalnym. Zostaniesz tam na całe piękne lato, a do domu wrócisz na wózku inwalidzkim dopiero za  rok.
Twoja dziewczyna/chłopak jest już z innym/inną,  przyjaciele pamiętają, ale na wózku nie pojedziesz tam gdzie oni.
Ból będzie Ci przypominał upierdliwie o sobie.
Czasem zrobi sobie przerwę, a w tych przerwach będziesz myślał/myślała o tym, o czym zaczyna się myśleć gdy żyje się bez bólu.

Masz szczęście bo to  nie o Tobie, tylko o Nim.

Ale jeśli masz masz wyobraźnie, a zakładam, że tak, to rozumiesz, że w takim stanie nie jest łatwo  mieć nadzieję, plany, kochać, dbać, zdobywać, śmiać się, budować... żyć.

I nawet ja zapominam, a przecież po latach powinnam już pamiętać i wiedzieć.
Ale zapominam, bo On uparty i żyje mimo wszystko.
I robi rzeczy, które nie wszyscy zdrowi potrafią i chcą robić.
Zapominam i naburmuszona dzwonię, dlaczego jeszcze nie wraca z pracy, a już powinien.
Zapominam, że wolniej, że trudniej...
 
I pewnie będzie zły, że piszę o Nim, ale  może uda mi się jakoś ujść z życiem  :)

To właśnie On wyciągnął mnie w weekend na rower w jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce.

A jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na Jego temat, to zajrzyjcie  TU