poniedziałek, 30 maja 2016

Trochę wspomnień

Każdy chyba tak ma, że wraca myślami do lat dzieciństwa i młodości.
Przypominamy sobie różne rzeczy, te przyjemne i te, o których nie bardzo chcemy myśleć, a jednak pamięć uparcie nam je przechowuje gdzieś w zakamarkach naszej głowy.
Dzieciństwo, młodość, czasy zupełnie inne, a czy lepsze, czy gorsze nie umiem powiedzieć.

Pamiętam zimę tak śnieżną, że na boisku szkolnym kopaliśmy tunele w ogromnych zaspach.
Nikt z nas nie miał odzieży nieprzemakalnej z membranami i innymi ulepszaczami.
Buty i wełniane rękawiczki suszyliśmy na piecu, a mało kto był szczęśliwym właścicielem drugiej pary na zmianę. Mimo srogich zim, mimo braku porządnych ubrań goniliśmy po podwórkach tak, że rodzice nie mogli nas przywołać do domów.

Czasem przypomina mi się, jak z koleżanką odprowadzałyśmy się po spotkaniach. Tam i z powrotem, tam i z powrotem i.... tak w kółko.
A moja Mama wyglądała za mną przez okno, bo bała się, że coś mi się stało. Przecież dawniej nie było komórek.
Wtedy tego zupełni nie pojmowałam. Taki lęk poczułam i zrozumiałam dopiero wtedy, gdy moje córki zaczęły dorastać.
A my z koleżanką, w czasie tych odprowadzań,  układałyśmy nasze życie, naiwnie wierząc, że wszystko w naszych rękach. Wiedziałyśmy ile dzieci mieć będziemy, jakie studia skończymy i jakich mężów wybierzemy.
No i koniecznie miałyśmy żyć długo i szczęśliwie.
A ona już przecież nie żyje tyle lat.

Którejś niedzieli, gdy moi rodzice poszli na sumę, postanowiłam podmienić fotele z dużego pokoju, bo mi się lepiej podobały i wstawić je do mojego, a te z mojego wstawić do dużego, na miejsce tamtych.
Nie wiem jakim cudem namówiłam siostrę na tę kradzież.
Taszczyłyśmy  fotele po schodach, a ona powtarzała, że to na moją odpowiedzialność.
I nie mam pojęcia też, jakim cudem rodzice mi tych foteli nie kazali odstawić na miejsce. Stoją tak do tej pory w moim pokoju, w którym już nikt nie mieszka, a raczej w domu w którym nikt nie mieszka.

A raz biegłyśmy z siostrą po chodniku przed domem. Teraz ułożyli tam równiutką kostkę, ale wtedy płyty chodnikowe były pozapadane i tworzyły pułapki na takie rozpędzone dzieciaki jak my.
No i tak leciałyśmy obydwie co sił w nogach, w letnich, jednakowych sukienkach uszytych przez Mamę, trzymając się mocno za ręce.
Potknęła się jedna, gruchnęłyśmy obydwie i cztery kolana  zdarte do krwi.
Za chwilę siedziałyśmy na taboretach, trzymając nogi w blaszanej miednicy, krew się lała, a Mama próbowała nam to odkazić wodą utlenioną. Nie muszę dodawać, że darłyśmy się w niebogłosy.

A jak ja marzyłam o tym, żeby móc pojeździć na łyżwach, ale wtedy łyżew prawie nikt nie miał. I w którejś klasie podstawówki, ostatniego dnia szkoły przed feriami, wracam do domu, a tam leżą wypożyczone łyżwy dla mnie i dla siostry na calutkie ferie.
Radość była ogromna.
I jeździłyśmy, na malutkim skrawku lodu wylanym przez Panią Gienię w pobliskim Ogródku Jordanowskim. Pani Gienia przynosiła wodę w wiaderkach i wylewała na beton, żeby dzieciaki mogły jeździć.
Dzięki Pani Gieni i srogim zimom lodowisko, jak na nasze wymagania było całkiem znośne.

No i mój pierwszy dzień w zerówce.
Mama mnie prowadziła do szkoły, na sobie miałam nową spódniczkę, uszytą przez Nią z takim przodzikiem, bo wtedy były modne, z szeleczkami, i kieszoneczką.
Całą drogę powtarzałam, że chce tam zostać i bawić się z dziećmi.
Mama mnie zostawiła, a ja rozejrzałam się dookoła i nie wiem już, co mi się wtedy nie spodobało, ale postanowiłam dłużej nie marnować czasu na edukację i korzystając z nieuwagi Pani wyszłam sobie ze szkoły i pobiegłam do babci, która mieszkała na tej samej ulicy.
I tak, zwagarowałam pierwszego dnia zerówki.
Higienistka szkolna po tym fakcie stwierdziła, że ja na sto procent żadnej podstawówki nie ukończę.
No i na złość tej pani szkołę polubiłam dość szybko i skończyłam podstawówkę, ogólniak i politechnikę.
I naprawdę nie wiem, co by było, gdyby tak we mnie wtedy kategorycznie nie zwątpiła, bo bez tej negatywnej motywacji mogło być różnie:).


środa, 25 maja 2016

Możesz i Ty

Ostatnio trochę rzadziej tu zaglądam, a to za sprawą pięknej pogody.
Zdążyliście już zauważyć, że kiedy tylko mamy odrobinę wolnego czasu, siadamy na rowery i jeździmy. Trasy wybieramy zazwyczaj spontanicznie. Najczęściej są to Pieniny, albo Beskidy. W Beskidach mieszkamy więc mamy je w zasięgu ręki.
Nawet nie macie pojęcia jak bardzo cieszy nas poznawania nowych dróg i szlaków.
Każdy taki wyjazd to odkrywanie czegoś innego. Inne miejsca, inne widoki, inni ludzie poznani w czasie drogi... A to przecież bezcenny bagaż, który zabieramy do domu razem z ogromna dawką radości i optymizmu.
I choć czasem jesteśmy zmęczeni strasznie, to jakoś to wszystko tak działa, że po tylu "przepedałowanych" kilometrach kłopoty stają się mniej ważne. Taki relaks jest mi bardzo potrzeby do złapania oddechu od codzienności, ale też do poprawienia kondycji.
Widzicie nas na fotkach: ja, blondynka /o wieku już nie będę wspominać, ale Ci co czytają bloga od początku doskonale wiedzą ile mam lat/ która żadnego sportu tak na poważnie  w życiu nie uprawiała, On- człowiek po ciężkim wypadku motocyklowym, razem pokonujemy dość spore trasy i sprawia nam to wielką frajdę.
W ostatnią niedzielę przejechaliśmy 35 kilometrów, z czego połowę w niełatwym terenie górzystym.  Mamy jeszcze w planach trasę dookoła Tatr i jeśli się uda, wyprawy w stronę Węgier.

Chcę w ten sposób powiedzieć Wam, że warto, że prawie każdy może, trzeba tylko chcieć, że to naprawdę wspaniały sposób na spędzanie wolnego czasu.
Do zobaczenia na trasie!!!












czwartek, 19 maja 2016

Dzień Matki

Zaglądam na Wasze blogi i już widzę wspaniałe propozycję prezentów z okazji tego święta.
Cieszę, bo sama jestem matką.

Ale ja dziś nie o tym i nie o prezentach.
Moja Mama odeszła 16 lat temu. Pisałam o tym w jednym z pierwszych postów .
I  niby już zdążyłam się przyzwyczaić, że Jej z nami nie ma, ale czasem przypomina się wszytko tak, jakby tych szesnastu lat nie było.
Jakby stała dopiero co przy kuchni, albo siedziała przy maszynie do szycia i szyła ubranka lalkom mojej córki.

Kiedyś, gdy byłam w domu rodzinnym, już wtedy niezamieszkałym, otworzyłam Jej szafę.
Wisiał w niej płaszcz tak, jak go powiesiła.Włożyłam rękę do kieszeni, a tam rękawiczki zwinięte jedna w drugą.
Któregoś mroźnego dnia zdjęła je ostatni raz i tak już zostały.





Jaka była?
Cicha, łagodna, zawsze dbała o mnie i o moją siostrę.
Nie pamiętam, żeby moi rodzice kłócili się między sobą. Jakoś tak zawsze robili, że jak jedno miało gorszy dzień, to drugie potrafiło obrócić wszystko w żart.
Pamiętam, jak Mama szyła dla nas zarywając noce. A, że w tamtych czasach w sklepach nic nie było, to dopiero teraz doceniam Jej kreatywność i talent, bo my ciągle siostrą wygrywałyśmy konkursy na najlepszy strój  w trakcie imprez karnawałowych.
Pamiętam też Jej zaszklone oczy, gdy zmarł Dziadek, a ja nie miałam pojęcia o co chodzi.
Dopiero dziecko sąsiadów powiedziało mi, że Tata mojej Mamy nie żyje. Ale wtedy jeszcze dokładnie tego nie umiałam pojąć.
I pamiętam, jak leżała ostatniego wieczoru w izolatce, a my z siostrą sprzeczałyśmy się głupio o to, która teraz zostanie w szpitalu przy jej łóżku, a która przyjdzie za kilka godzin. A ona cichym głosem powiedziała:"dziewczynki nie sprzeczajcie się".
I to były Jej ostatnie słowa które zapamiętałam.
Jeszcze wtedy, w tych ostatnich chwilach, bo za parę godzin już nie żyła, jeszcze wtedy potrafiła być Matką.

Wspomnień mam bardzo dużo, staram się pamiętać, myśleć, pielęgnować...
W Dzień Matki, w Jej urodziny, czy inne święta jest mi przykro, bo ani już prezentu, ani nawet kwiatów Jej nie mogę zanieść.
Ale wiem, że moja siostra, która mieszka bliżej zadba o grób i będzie jak trzeba. I za to jestem Jej wdzięczna.

A u nas biega po domu, rozrabia  i zagląda w każdą szufladę, i w każdy kąt mała dziewczynka.
I nie przypadkowo dostała takie imię, i nie dlatego, że od kilku lat znów popularne.

Zofia...


wtorek, 17 maja 2016

Ja też

Dziś tylko na momencik.
Bo zaglądam na Wasze blogi i prawie wszędzie bez.
A zdjęcia robicie takie, że aż wyobrażam sobie zapach, jaki roztacza w koło.
Maj bez bzu nie istnieje. Cała moja droga z pracy do domu, prawie przy każdym płocie na wsi bez, bez, bez...
No i nie wytrzymałam.
Co prawda nie zasadziłam jeszcze bzu w swoim ogrodzie /muszę naprawić swój błąd/, ale mam go w domu i pachnie jak u Was.
I to mój sposób na przetrwanie tego, co dzieje się za oknem. 

 








poniedziałek, 16 maja 2016

Każdy ma marzenia

My sprawni ludzie, jeśli mamy ochotę, żeby wyruszyć w jakąś podróż, czy wdrapać się na jakąś górę, to po prostu pakujemy plecak                      i w drogę.
Jeśli nasi znajomi wymyślą jakąś wycieczkę w stronę górskiego schroniska, to dla nas żaden problem.
Ale jest wśród nas wiele takich osób, których  niepełnosprawność próbuje ograniczyć.
Celowo napisałam próbuje, bo wiem, że oni walczą, kombinują i tą swoją niepełnosprawność starają się za wszelką cenę przechytrzyć.
Pewnie wielu ludzi zdrowych pomyśli sobie, że przecież to bez sensu, bo po co się pchać, bo lepiej w domu w takim stanie...
A właśnie dlatego, że w Ich w głowach są takie same pragnienia i marzenia, a czasem jeszcze większe.
I determinacja też często większa, żeby nadążyć, pokazać, udowodnić sobie i innym.

A dlaczego dziś właśnie o tym?
Już chyba się zorientowaliście, że lubimy aktywnie spędzać czas i kiedy możemy, to siadamy na rowery i zasuwamy  gdzie oczy poniosą.
W miniony weekend  w Kluszkowcach odbywał się Joy Ride Bike Festival.
Pojechaliśmy tam, bo chcieliśmy obejrzeć i przetestować pewną maszynę, zaprojektowaną przez Jarosława Rolę, który przed laty uległ ciężkiemu wypadkowi.
Jarek stworzył rower, pozwalający niepełnosprawnym dotrzeć w miejsca niedostępne dla nich bez takiego sprzętu.

Lało jak z cebra, ale i tak było warto.














czwartek, 12 maja 2016

Takie tam Ona i On

Sierdzimy obok siebie, każde trzyma swojego laptopa na kolanach i  coś tam sobie klika.
-A co, jak ci się skończą pomysły na to pisanie?
-Nie skończą, to przecież życie.

Jednak zasiał wątpliwość więc po chwili pytam:
-A co, jak mi się jednak skończą te pomysły?
Nie odrywając wzroku od monitora :
-Komu jak komu, ale tobie się raczej nie skończą. /czytaj: Baby zawsze mają o czym gadać i pisać./

No inna sprawa, że trochę racji ma i dlatego nie strzeliłam focha.






Majowy obrazek

Słowo...
Do słowa dolepia się drugie... i następne
I powstaje obraz.
Ode mnie zależy jaki.
A może nie ode mnie, tylko od tego co dookoła.

A dookoła dziś maj, taki prawdziwy, zielony ze słońcem, z mnóstwem kwiatów przeróżnych.
Nie znam wszystkich nazw, ale to nie ważne. Ważne, że już zakwitły.
I przez ten maj, przez to słońce jakoś wszytko łatwiejsze.
I ogarnianie kątów, i grzebanie w ogródku...
No i na spacer tak jakoś człowiek bez przymusu, tylko z potrzeby się zbiera.
I te drzwi można wreszcie otworzyć i nie ma już granicy miedzy domem, a tarasem.
I ode mnie tylko zależy gdzie przycupnę z kubkiem herbaty, czy na kanapie, czy na drewnianej ławie w ogródku.
I ta radość, że to jednak wieś. W maju cieszę się z tego najbardziej, bo gdzie jak gdzie, ale tutaj  widać tę wiosnę dokładnie.
A, że to dopiero od dwóch lat, to wciąż nie mogę się nadziwić i nacieszyć.
I rano, jak pędzę do pracy i niby nie patrzę, bo czasu " na styk", to jednak samo włazi w oczy i nie da się tej wiosny nie dostrzec.
A jak wracam, też szybko, bo tyle godzin i tęsknię za wszystkimi, to i tak widzę, że zielono, że z minuty na minutę bardziej.
I nawet jak pada deszcz, to majowy, inny, taki co oczyszcza powietrze i podlewa tą całą zieloność.
No i ludzie inaczej do siebie. W tym słońcu każdy przystanie, zagada, a sąsiadka opowie, co przez ten czas się działo.
Bo przez całą zimę się "nie składało", tylko "dzień dobry" i biegiem do domu, do ciepła, pod koc.
A od wiosny grzebiemy sobie w ziemi, każda po swojej stronie płotu i każda pod swoim niebem. Co chwila któraś coś powie i od razu  lżejsza robota.
Na wsi nie trzeba się wybierać, ubierać, stroić, malować żeby się spotkać, tylko podchodzi się do płotu z grabkami albo z konewką i już jest spotkanie towarzyskie.


A ja, chyba mam jak te rośliny, tak naprawdę żyć zaczynam dopiero wiosną. Od jesieni czekam i czekam na te pierwsze promienie cieplejszego słońca.












poniedziałek, 9 maja 2016

Matki

Ten post miał być o czymś zupełnie innym, ale oczywiście, jak to w życiu bywa, plany planami,  a w głowie i w sercu  właśnie coś innego.
Ostatnio miałam przyjemność podróżować ze starszą Panią, której dzieciństwo przypadło na czas II Wojny Światowej.
Spotkania i rozmowy z takimi ludźmi są na wagę złota, bo przecież Oni wiedzą najlepiej, jak było.

Kilka dni temu jedna z młodych matek napisała, że bycie rodzicem w obecnych czasach to bohaterstwo.
Starsza Pani, jak to często w zwyczaju mają ludzie wiekowi, bardzo chętnie opowiadała o swoim dzieciństwie i młodości.
A ja z natury ciekawa wszystkiego słuchałam i czasem zadawałam jakieś pytania, chcąc wyciągnąć jak najwięcej  wspomnień.
Opowiadała o tym, jak trudno było wychowywać dzieci, jak brakowało wszystkiego: żywności, lekarstw, odzieży....
I przypomniała sobie o  chorobie małego braciszka i o tym, że lekarza we wsi nie było, a końmi w mroźną zamieć nie dało się przecież jechać po pomoc.
Matka klęcząc przy łóżku umierającego dziecka ze zmęczenia zasnęła, i z tej drzemki wyrwało ją delikatne szturchanie. To jej synek miał  taak silny organizm, że przetrwał  chorobę bez lekarza i lekarstw.
Słuchałam i myślałam jak straszna była wtedy bezradność rodziców.
I strach, bo przecież wojna. 
Starsza Pani mówiła też o tym, jak rodzice ryzykowali życiem, żeby zdobyć jedzenie dla dzieci.
Wspominała, że nie mieli ubrań, a pieluchy zastępowały zwykłe pocięte szmatki.
To, że nie było w wielu miejscowościach prądu, a wody w domu nie miał prawie nikt w tamtych czasach, to chyba jest oczywiste.

Ona zatrzymała się myślami w swoim dzieciństwie, a ja coraz bardziej doceniałam to co mamy teraz: pampersy, woda w kranie, pralka automatyczna, zmywarka, jedzenie w słoiczkach jeśli jakaś matka nie chce gotować...
Ale najważniejsze to to, że wychowujemy dzieci w kraju, w którym bomby nie lecą na głowy, gdzie matki nie muszą ryzykować życiem, żeby zdobyć buty dla dziecka.

I oczywiście, że wychowywanie dzieci to wielkie wyzwanie zawsze, ale chylę czoła przed tamtymi kobietami, którym w czasach tak strasznych przyszło rodzić dzieci.
I wychowywały je na ludzi, i uczyły często same, żeby potem po wojnie miały mniej do nadrobienia.

Bo One, tak jak my, mały wiarę i nadzieję, że kiedyś dla ich dzieci przyjdzie ten lepszy czas.
Bo przecież każda matka chce lepiej dla swojego dziecka.

Tylko to Ich "lepiej" było o wiele ważniejsze od naszego.

A na koniec parę chwil zatrzymanych z długiego weekendu.