wtorek, 21 czerwca 2016

Gołębie

11 czerwca minęło 4 lata.
To był zwykły ranek wypełniony zwykłymi chwilami.
Każdego ranka przed pójściem do pracy większość czynności wykonujemy  automatycznie. Toaleta, szybkie śniadanie, albo i nie, odwiezienie dziecka do szkoły jeśli trzeba, buziaki  w biegu na do widzenia...
I ten poranny galimatias  przerwał dźwięk telefonu.
A telefon nie był zwykły tylko taki, po którym wszystko jest już inne.
Niby żyjesz normalnie, cieszysz się, walczysz o lepsze, rozpychasz łokciami, wybierasz w sklepie nowy dywan, czy kubek, bo ten stary się znudził, krzyczysz na dzieci, plotkujesz z sąsiadką, marszczysz groźnie brwi, gdy Twój facet nie mówi właśnie tego, co chciałaś usłyszeć, wymyślasz kolejny remont... ale jakiejś cząstki Ciebie już nie ma.
Jakiś kawałek w Twoim sercu jest martwy, bo umarł razem z Nim cztery lata temu.
Gdy umiera drugi rodzic, niezależnie od wieku, w którym jesteśmy, czujemy bezradność.
Przede mną był świat, a za mną Oni.
I gdy odchodzą, za nami robi się pustka, której nikt nie jest w stanie zapełnić.
Po prostu już z nią żyjemy zawsze.

Niedługo Dzień Ojca i dlatego tym razem o Nim.
Było o Mamie, więc musi być sprawiedliwie:)
Myślę, a raczej jestem pewna, że Mama miałaby żal, gdybym tylko o Niej napisała. Zawsze trzymali się razem:)

A Tata?
Gdy tak przypominam sobie dzieciństwo, to staje się dla mnie jasne, że był Ojcem. Nie udawał od czasu do czasu, tylko po prostu  nim był.
Zawsze pracował, często późno wracał do domu, ale gdy już był, czas poświęcał tylko rodzinie.
A my czekałyśmy na niego Niego, pytając upierdliwie co chwila, kiedy Tata wróci.
W niedziele po mszy zabierał nas na spacery, a Mama w tym czasie gotowała obiad.
Wtedy tak było, ze nie potrafili odpuszczać, musiało być tak jak należy: rosół, drugie danie i dlatego rzadko wychodziliśmy wszyscy razem.

Pamiętam jak uczył mnie jeździć na rowerze i wyrżnęłam raniąc sobie palec. Wrzeszczałam, a On pytał czy mam już dość. Jasne, że nie miałam!
Więc biegał za moim rowerkiem i starał się uratować upartą córkę przed drugą wywrotką.
Kiedyś chciał oswoić mnie z wodą i wsadził do Zagożdżonki. Woda w rzece była po kostki, ale ja ze strachu wbiłam wszystkie zęby  w jego ramię.
A gdy byłyśmy małe i chorowałyśmy z siostrą, no bo jakoś tak zazwyczaj było, że obydwie razem coś łapałyśmy, to smarował nam nogi olejkiem kamforowym na rozgrzanie. A my wystawiałyśmy te nogi raz jedna, raz druga i biedny nie wiedział, albo raczej udawał, że nie wie, której nogi już są wysmarowane porządnie. Chichotałyśmy zadowolone, bo często udawało nam się dodatkowe smarowanie wyłudzić.
Gdy dostawał ciasto  w pracy, bo właśnie ktoś miał imieniny, to  przynosił ten kawałek słodkości i dzielił między mnie i siostrę.
Na początku wakacji przed czwartą klasą Mama zachorowała i przeleżała w szpitalu całe dwa miesiące. Dbał o nas wtedy  jak umiał i do szpitala codziennie ciągnął, bo wiedział, że Ona tam bardzo za nami tęskni.
Zawsze wspominał moment gdy się urodziłam. Opowiadał, że z tej radości jechał  rowerem "bez trzymanki" i zapłacił mandat :)

Czytał dużo, bardzo dużo. Chodził do biblioteki, przynosił opasłe tomiska książek o historii, o polityce i przepytywał nas potem z różnych tematów.
Nie mógł zrozumieć, że żadną z nas nie interesuje polityka i, że unikamy rozmów na ten temat.
Trzy miesiące przed śmiercią zoperował sobie oko, bo nie wyobrażał sobie życia bez czytania.

Mówiłam już, że zawsze dla Niego najważniejsza była rodzina i faktycznie tak było, ale drugie miejsce zajmowały gołębie:)
Hodował je do końca. I choć było Mu już bardzo ciężko zimą rozkuwać lód w poidle, odśnieżać dach gołębnika, to nie zrezygnował.
Raz tylko, trzy lata przed śmiercią, trafił do szpitala i wtedy kazał je rozdać innym hodowcom. Po wyjściu ze szpitala zaczął od początku.
A Mama, zawsze powtarzała: "nie pije, nie pali, to niech sobie ma chociaż to"
No i teraz, gdy jakiś gołąb przyleci czasem na podwórko, to jest tak, jakby cząstka Jego do nas zawitała.


I tylko mi żal, że nigdy nie podziękowałam za wszystko, za te moje bezpieczne dziecięce lata bez awantur, z Ojcem, którego nigdy nie widziałam pijanego, który bez narzekania leciał ze mną do szkoły, gdy zostawiłam przez nieuwagę piórnik....
No i za ten świt 16 lat temu, gdy zapukał o 5 rano do moich drzwi. Właśnie ubierałam buty w korytarzu, bo miałam się z Nim wymienić            w szpitalu przy Jej łóżku. On, siostra i ja mieliśmy grafik, żeby nie zostawała już sama. Wszedł i wiedziałam. Spytałam, dlaczego nie zadzwonił, dlaczego szedł po tym wszystkim taki kawał na pieszo. A On powiedział, że chciał żebym jeszcze chwilę pospała, bo mam dziecko chore. Choć już byłam dorosła, chciał mi tego zaoszczędzić, podarować jeszcze te kilkadziesiąt minut snu w niewiedzy.

Nie zdążyłam Mu tego wszystkiego powiedzieć, bo wtedy,cztery lata temu, gdy zamykałam drzwi szpitalnej sali On siedział na łóżku i śmiał się do mnie. Zostawał przecież pod opieka mojej siostry, a ja tylko na kilka dni jechałam do siebie by przepracować tydzień, a od następnego poniedziałku wziąć urlop i wrócić na dłużej.
Nie zdążyłam, bo zlekceważyłam czas i  prawdę, że życie jest bardzo kruche.
Nie zdążyłam, bo wolałam wierzyć, że nic się jeszcze złego stać przecież nie może.

Dlatego, jeśli macie okazję pędźcie do Nich, albo jeśli za daleko, to łapcie za telefony i powiedzcie, że te Ich starania są dla Was bardzo ważne, ze to bieganie za rowerkiem, to czuwanie w nocy, te bajki czytane Wam na dobranoc to coś bardzo cennego i, że dziękujecie. Niech wiedzą póki czas.
     
A mimo wszystko życie toczy się dalej i przylatują czasem gołębie:)


















poniedziałek, 13 czerwca 2016

Jedno "plum"

Siedzę w pracy, telefon zrobił "plum".
Otwieram wiadomość, a tu takie Coś:


I wystarczy, żeby zmienić wszystko.
Perspektywa zupełnie inna, nagle wiesz co ważne, a czym się nie przejmować.
Już nie masz z tyłu głowy durnych problemów, które zawsze wkręcą się w codzienność.
Och, jak one potrafią się wkręcać.
Ale teraz  gdzieś sobie zniknęły, nie mam pojęcia gdzie.
Wrócą na pewno, bo większość ludzi już tak ma, że albo  zamartwia się takimi wielkiego kalibru, albo  zadręcza drobnymi  kłopotami.

A tu jedno "plum" i jest po prostu dobrze:)

niedziela, 12 czerwca 2016

O niczym

Kiedyś myślałam, że pisać można tylko o czymś spektakularnym, znaczącym na pierwszy rzut oka.
Dziś wiem, że życie składa się z malutkich kawałków bardzo zwykłych chwil, a te zwykłe chwile są często niezwykle ważne.
Głębszy oddech, myśl ledwo uchwycona, zatrzymana na trochę dłużej, jakaś prosta historia...
Może być wspomnienie, małe marzenie, albo wielkie, największe, takie nie do spełnienia.
Piszemy o życiu i śmierci, o radościach i smutkach, strachu i odwadze....
O wszystkim.
Można spisać co tylko przyjdzie nam do głowy.
Na kartce papieru, albo w pamięci komputera zostawić dla siebie i dla innych.
Jak to dobrze, że jest tyle słów, które to umożliwiają.

No wiem, że nigdy nie będę porządnym blogerem, bo nie miewam planu na posty, tylko siadam i po prostu zaczynam od słowa, zdania.... i dalej,   i dalej...
Zdjęcia wrzucam też zupełnie z przypadku, takie które mi się właśnie spodobały.
A to co z tego powstanie, nawet dla mnie często jest niespodzianką i zaskoczeniem.

Dziś może o kwiatach w ogródku, bo kalina właśnie przekwitła i trochę żal.
I o deszczu co uwziął się na nas i pada, i pada, i trawy kosić nie pozwala.
Ale przecież coś za coś, bo przez to padanie wszystko tak rośnie, że każdego ranka oglądam po kolei każdy krzaczek i nadziwić się nie mogę, że przez noc tak się zmieniają.

A może o tych kobietach, co w wieku lat czterdziestu kilku odchodzą, nie doczekawszy ślubów synów i tej radości i dumy, która rozpiera, gdy się patrzy na wnuki....
Nie o tym?

To może, o tym co minęło, o szansach przegapionych dawno temu.
Bo gdyby się dało cofnąć czas, to człowiek dwa razy by usiadł, zanim ruszył z miejsca.
A może to wszystko było po coś i właśnie ta droga, czasem ciężka, doprowadziła do tego co jest.
Ale tego co masz przecież nie oddasz nikomu i za nic w świecie.
I jednak wyszło na to, że poszłabyś tym samym szlakiem kolejny raz, chyba, że jakiś inny,  prowadzi dokładnie w to samo miejsce, ale tego nie da się sprawdzić w żaden sposób.
No to nie ma co o tym myśleć, a już pisać to już całkiem nie ma sensu.
Więc w końcu  o czym?
O młodości! To będzie dobry temat, lekki, optymistyczny.

I teraz powinno się zacząć od "dawno, dawno temu..."
Ale zamiast tego zaczynasz liczyć w głowie ile zmarszczek przybyło i kilogramów, i co Cię różni od tamtej dziewczyny w szerokim swetrze.
I nie myślisz już wcale o młodości, tylko o tym, kiedy uciekła i jak to się stało, że  tego nie zauważyłaś.
O siwych skroniach już nie wspomnę. Dobrze, że wynaleźli te farby do włosów.
Kupujesz od lat taką samą, przyzwyczajenie, czy strach przed ryzykiem?
Stawiam na przyzwyczajenie. Kiedyś zostawiłaś prawie wszystko, zaczęłaś od nowa i ryzyka się nie bałaś.
A może odwrotnie: to strach, że już tak będzie zawsze, kazał postawić wszystko na jedną kartę i zmienić o 180 stopni kierunek.
"Niech się dzieje..." wyszeptałaś i poszłaś nie oglądając się za siebie.
Jedna myśl dodawała odwagi, że gorzej być już nie może.
I maiłaś cholerne szczęście, że nie wyszło gorzej.
Może nie idealnie, bo zawsze jest się czego czepić i ponarzekać, a czasem nawet i popłakać, ale masz coś, czego nie chcesz stracić za nic.

No i zamiast o młodości zrobiło się o przemijaniu.
Zupełnie niepotrzebnie takie tematy, ale co zrobić, chce się pisać o jednym, a myśli wędrują w swoją stronę i choć się starasz, one i tak polecą tam gdzie chcą.
I zanim skończyłaś wyszło słońce. Nie zauważyłaś, bo nie podnosiłaś głowy znad klawiatury.

O słońcu można pisać dożo, tylko po co?
Lepiej rzucić to wszystko do następnego deszczu, a teraz wystawić nos i poczuć wiosenno-letnie ciepło, popatrzeć jak dzieci depczą trawę, jak piłka ląduje w wypielęgnowanych kwiatkach, posłuchać krzyków i nawoływań,  i cieszyć się, że dom żyje.                                                               O, a propos tego życia domu.
Kiedyś pisałam Wam, że mamy psa,  rybki i świnkę morską. Ostatnio przyplątała się kotka. Nie potrafiliśmy jej nie przygarnąć.  Kotka była w trzypaku i urodziła  dwa kocięta. Zaczyna nam się już robić małe ZOO i muszę szybko znaleźć nowe domy dla tych kociaków.  Tylko znaleźć dobry dom dla takiego dachowca to wcale nie taka prosta sprawa.
No cóż, póki co trzeba się cieszyć, że dom tętni życiem i mieć nadzieję :)





środa, 1 czerwca 2016

weekendowe pstryki

W ostatnim poście nie było żadnej fotki, więc dziś nie gadam dużo tylko szybciutko wrzucam parę zdjęć z ostatniego, trochę dłuższego weekendu.
A Wy już doskonale nas znacie i wiecie, że przy dobrej pogodzie można nas spotkać albo na rowerach, albo w ogrodzie.