poniedziałek, 31 października 2016

Dynia:)

 Najkrótszy post:) Zawsze gadam i gadam, a dziś tylko dynia:)

Worek

Jakiś czas temu siedziałam w samochodzie na parkingu i gapiłam się na schody. Szła po nich starsza kobieta i taszczyła spory worek, taki foliowy na śmieci. Gdy widzę podobny obrazek w szpitalu domyślam się, że te rzeczy w worku już się raczej nie przydadzą temu, kto był ich właścicielem. 
A w worku zapewne jakieś ubrania, które miały przywilej być noszone w ostatnich chwilach życia... może kubek do herbaty, maszynka do golenia, grzebień, może obrazek z ostatniego namaszczenia zostawiony przez księdza...

Zeszła kobieta po schodach niosąc ten worek, a on z racji swojej funkcji pewnie był cięższy niż inne worki podobnej wielkości. Kierowała się w stronę samochodu w którym siedział młody mężczyzna. Mężczyzna mógł być z powodzeniem jej synem /różnica wieku i duże podobieństwo na to wskazywały/. Na widok kobiety wyskoczył z samochodu...
I tu chyba każdy na moim miejscu byłby przekonany, że za chwilę zobaczy, jak mężczyzna troskliwie pomaga staruszce, jak wyrywa ten nieszczęsny worek z jej rąk, otwiera drzwi auta...

Ale tak się nie stało, a w zamian tego ja stałam się świadkiem sceny, która od kilku już tygodni siedzi w mojej głowie.

A scena wyglądała tak: 
Człowiek z samochodu doskoczył do starszej kobiety i zaczął ją dość głośno objeżdżać za to, że nie potrafiła załatwić do tej pory aktu zgonu. Używał słów niecenzuralnych, a z jego krzyku wynikało, że  był zły na lekarzy i na tę kobietę, bo według niego obydwie strony nawaliły: lekarze nie wypisali aktu zgonu od razu, natomiast kobieta nie potrafiła ich do tego zmusić.

Kobiecina zapewne i bez jego ataków miała ciężki dzień. Nie mam pojęcie kim był dla niej właściciel rzeczy z worka, ale jeśli to właśnie jej przypadło odebrać ten worek i akt zgonu, to chyba był ktoś, kto coś znaczył w jej życiu. Ktoś z jej bliskich, albo dobrych znajomych właśnie odszedł, a ona została z tym workiem i z rozjuszonym jegomościem, który nie zrobił nic, by kobiecie było choć odrobinę łatwiej.
A może w tych godzinach, minutach, sekundach czuwała przy łóżku, może była zmęczona, może...

Nie czekałam co będzie dalej, bo musiałem i bardzo chciałam  wejść już do szpitala.

Od tamtego czasu ciągle wraca do mnie ta sytuacja.
Świat, a raczej ludzie czasem mnie zaskakują, często pozytywnie, ale bywa i tak, że czegoś zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć.

niedziela, 30 października 2016

Październik

Jesień rozgościła się u nas na dobre. Są i pozytywne strony tego wszystkiego. Teraz mniej gonimy gdzieś tam przed siebie, a częściej odpoczywamy i odrabiamy zaległości w rzeczach na które szkoda nam było czasu w lato. Dom stał się azylem, który chroni przed zimnem i zawieruchą. Przykro mi, że taras nie jest już przedłużeniem salonu.
Z jednej strony tęsknię za otwartymi na okrągło drzwiami do ogródka, ale z drugiej cieszę się, że tu mam ciepło i przytulnie.
Byle do wiosny :)


A Zosia z nudów maluje drzwi:) Tak żeby nikt nie widział:)







czwartek, 6 października 2016

Motyl z szuflady

Nie pamiętam już, czy to była wiosna, lato, czy jesień.Wiem tylko, że było to na tyle dawno, by tamten etap życia móc już oddzielać grubą krechą tak po prostu, bez emocji.
Któregoś dnia wyhaczyłam na Allegro komodę do salonu. Wpadła mi w oko secesyjna, niedroga i na dodatek pisało, że w dość dobrym stanie. Wylicytowałam, zapłaciłam i czekałam.
Za kilka dni przyjechała. Kurier wytargał ją na podwórko, a potem wciągnęliśmy nowy nabytek do domu. Cała była owinięta folią, więc rozwijałam ją niecierpliwie jak dziecko, które dorwało pudełko czekoladek. Była taka jak chciałam, duża, piękna, stara i faktycznie bez większych uszkodzeń. Miała dwie szuflady. Pomału wysuwam jedną z nich, a w niej.......motyl-rusałka pawik.
I to nie żadna bajka albo przewidzenie. Po tylu latach czasem sama się zastanawiam, czy to nie był dziwny sen, ale w tamtym pokoju oprócz mnie było jeszcze kilka osób i wszyscy widzieli motyla w szufladzie. Ostatnio spytałam o to starszą córkę, tak żeby się upewnić. Pamiętała.
Tamtego dnia motyl z trudem wyfrunął z szuflady. Skrzydła miał chyba uszkodzone i lot jego nie był taki lekki jak powinien.
Otworzyłam drzwi na taras i przy naszej pomocy wylądował na jakimś krzaku.

Byli tacy, co wtedy mówili, że to na szczęście, a inni straszyli wielkim pechem.
Minęły lata, komoda została w tamtym domu, a kurze z niej ściera ręka innej kobiety. Ściany salonu pomalowała na swoje kolory, bo pewnie źle się czuła w tych, co wybrałam.
Do nowego domu kupiłam inne komody, tym razem już bez motyla w szufladzie.
Czy motyl z szuflady był na szczęście, czy nie trudno jest mi powiedzieć.
Bo tak sobie myślę, że to co  dla jednego jest wielkim  sukcesem, dla drugiego może być nic nieznaczącym epizodem.

A ja?
Ja mam swoje miejsce na ziemi, swój dom, dzieci i Kogoś, kto od lat w  ciężkich chwilach jest wsparciem:)
Wszystko to, co mam znaczy dla mnie bardzo dużo. Smarowanie masłem chleba, herbata na tarasie mimo chłodu, telefony córek w odstępach minuty, gdy jedna skarży na drugą, że właśnie tamta jest najgorsza na świecie:) i sms od Niego, choć dopiero co każde z nas wyszło z domu do pracy, dym z palonego gdzieś tam ogniska zmieszany z zapachem suchych liści i wieczorną mgłą-taki znak, że już jesień ...
I niby to zwykłe, codzienne sprawy, których jest mnóstwo i które krążą ciągle wokół nas, albo my krążymy w okół nich.
Wiem wiem, że już o tym kiedyś pisałam i inni też pisali nie raz. Ale ja co dzień się łapię na tym rozpędzaniu i niezwracaniu uwagi na rzeczy istotne.
A jednocześnie ze zdziwieniem odkrywam, że to moje "tu i teraz" jest najważniejsze.