czwartek, 10 listopada 2016

To, czego nie widać...

Wrzucam tu czasem zdjęcia domu. Widzicie jakieś meble, czasem bukiet kwiatów, od czasu do czasu nas jak się po tym domu kręcimy. Ale chciałam Wam powiedzieć, że to co najważniejsze nie jest widoczne na pierwszy rzut oka.

Dom jak dom.... tu szafka, tu stolik, tam okno, ściana...
Idę po schodach i złość mnie ogarnia na psa, który swoimi pazurami robi rysy na drewnianych stopniach. A taki skubaniec jest, że jak tylko któraś z moich córek poleci na górę, on z miejsca rusza za nią. Czasem sobie obiecywałam, że już nigdy w domu żadnych zwierząt, ale odkąd mieszkam na swoim zawsze zwierzęta u nas jakimś dziwnym trafem lądowały. Zazwyczaj zupełnie przypadkiem. Zresztą w moim domu rodzinnym było tak samo.
A ślady rąk na białej ścianie... Czasem ktoś się oprze, czasem jakieś dzieciaki gonią po schodach i z rozpędu przyłożą obydwie, nie zawsze czyste łapki...
A szyby drzwi tarasowych...Z jednej strony Zośka przykłada uślinione  usta, z drugiej pies smaruje brudną łapą w ten sposób dając znać, że ma dość gonienia po podwórku.
I co z tego, że obydwie ze starszą córką na zmianę staramy się te szyby przecierać?
Za chwilę i tak Zośka przyklei się z jednej, a Bob z drugiej strony i będzie to samo.

Dom który żyje chyba nie może być idealny.
Gdzie człowiek się nie obejrzy, widzi ślady zostawione przez pozostałych domowników.
Tu rzucona w pośpiechu książka, tam wyciągnięty i po chwili zapomniany wózek dla lalek, pokruszone ciastko bo jakoś tak wyszło... i piłka do nogi w salonie, bo młodsza córka niosąc ją z podwórka do swojego pokoju czasem tu właśnie zrobi przystanek, a dalej jakimś dziwnym trafem poleci już bez niej.

Na zdjęciach tego nie widać, ale  te nasze ślady są w każdym kącie domu, w każdym zakamarku.
I muszą być, bo bez tego to miejsce nie byłoby nasze.
I choć często jestem zła na psa, na dzieci, to za chwilę pukam się w głowię i myślę sobie, że przecież mam szczęście, że ma kto odbijać te łapy na ścianach, mam szczęście, że jest ktoś, kto tę piłkę właśnie rzucił byle jak w pokoju i ten wózek dla lalek wyciągnął na środek.
I już mi to wszystko zupełnie nie przeszkadza.


A u nas czasem tak: zamiast blogerskiego pięknego autka po salonie jeździ sobie wielki, plastikowy, żółto-zielony jeep)


I kilka zdjęć z ostatnich prawdziwie jesiennych dni, bo dziś rano już szron dookoła i mróz.


wtorek, 1 listopada 2016

"Umarłem cztery razy"- słodko-gorzka opowieść o życiu

Tak się ostatnio złożyło, że do Krzysztofa wpadł kolega i przyniósł mu w prezencie książkę-opowieść o człowieku żyjącym od lat w cieniu choroby nowotworowej, człowieku, który przekracza wciąż kolejne granice i udowadnia, że można.
Bo czym innym, jak nie przekraczaniem granic jest dwukrotne ukończenie Ironmana przez kogoś, kto oddycha tylko jednym płucem. I z tym jednym płucem staje na szczytach Kilimandżaro, Aconcaguy, Elbrusa, czy Mount Kenya.
Ale jeśli ktoś myśli, że biorąc do ręki tę książkę trafił właśnie na prostą, motywująca opowieść o niepełnosprawnym, któremu wszystko idzie gładko, to jest w błędzie.
Ta książka jest o życiu, a jak to w życiu bywa, często za marzenia, za przekraczanie granic płaci się wysoką cenę.
Bohater książki osiągnął bardzo dużo, ale...
No właśnie. Autorka książki Julia Lachowicz pokazuje też i te ciężkie momenty: rozpady kolejnych związków, utratę firmy, uporczywie powracające problemy zdrowotne...
Jednym słowem: życie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że bohater  to właśnie ten  kolega, który wpadł do Krzyśka i przyniósł mu w prezencie książkę.

Na okładce przeczytamy:
Piotr Pogon
1 płuco, 2 medale Ironmana, 4 daty urodzenia, 30 lat z nowotworem, 94 blizny po operacjach, 2800 km przebiegniętych w zawodach, 34 333- łączna wysokość zdobytych szczytów.

W jeden wieczór przeczytałam książkę ja, w drugi Krzysztof.
Ja Piotra nie znam. Krzysztof z Piotrem znają się od dawna i razem brali udział w wyprawie na Kilimandzaro.
Każde z nas, to znaczy ja i Krzysztof, zupełnie inaczej odbieramy niektóre fragmenty książki. I wcale mnie to nie dziwi, bo Krzysiek tak jak Piotr ma duszę zaprogramowaną na walkę i zwycięstwo. Zdobywanie to Ich życie i pasja, a wysoka cena jest w to wszystko wkalkulowana.
Ja natomiast to zupełnie inna bajka. Sport ogranicza się u mnie do przejechania 40 km rowerem:) i nie umiałabym chyba ryzykować życia, by stanąć na szczycie kolejnej góry. I tu sama z siebie zaczynam się śmiać, bo mało nie przypłaciłam życiem wyjścia w nasze Tatry.  W drodze na Pięć Stawów poślizgnęłam się i uderzyłam głową w płytę kamienną. Miałam dużo szczęścia bo skończyło się tylko rozcięciem głowy i strachem:) I to dowód, że ryzykujemy wszędzie.
Podziwiam Piotra, ale nie do końca pojmuję. Natomiast Krzysiek rozumie ten pęd do walki bardzo dobrze.

Umierałem cztery razy  Julii Lachowicz - polecam.





poniedziałek, 31 października 2016

Dynia:)

 Najkrótszy post:) Zawsze gadam i gadam, a dziś tylko dynia:)

Worek

Jakiś czas temu siedziałam w samochodzie na parkingu i gapiłam się na schody. Szła po nich starsza kobieta i taszczyła spory worek, taki foliowy na śmieci. Gdy widzę podobny obrazek w szpitalu domyślam się, że te rzeczy w worku już się raczej nie przydadzą temu, kto był ich właścicielem. 
A w worku zapewne jakieś ubrania, które miały przywilej być noszone w ostatnich chwilach życia... może kubek do herbaty, maszynka do golenia, grzebień, może obrazek z ostatniego namaszczenia zostawiony przez księdza...

Zeszła kobieta po schodach niosąc ten worek, a on z racji swojej funkcji pewnie był cięższy niż inne worki podobnej wielkości. Kierowała się w stronę samochodu w którym siedział młody mężczyzna. Mężczyzna mógł być z powodzeniem jej synem /różnica wieku i duże podobieństwo na to wskazywały/. Na widok kobiety wyskoczył z samochodu...
I tu chyba każdy na moim miejscu byłby przekonany, że za chwilę zobaczy, jak mężczyzna troskliwie pomaga staruszce, jak wyrywa ten nieszczęsny worek z jej rąk, otwiera drzwi auta...

Ale tak się nie stało, a w zamian tego ja stałam się świadkiem sceny, która od kilku już tygodni siedzi w mojej głowie.

A scena wyglądała tak: 
Człowiek z samochodu doskoczył do starszej kobiety i zaczął ją dość głośno objeżdżać za to, że nie potrafiła załatwić do tej pory aktu zgonu. Używał słów niecenzuralnych, a z jego krzyku wynikało, że  był zły na lekarzy i na tę kobietę, bo według niego obydwie strony nawaliły: lekarze nie wypisali aktu zgonu od razu, natomiast kobieta nie potrafiła ich do tego zmusić.

Kobiecina zapewne i bez jego ataków miała ciężki dzień. Nie mam pojęcie kim był dla niej właściciel rzeczy z worka, ale jeśli to właśnie jej przypadło odebrać ten worek i akt zgonu, to chyba był ktoś, kto coś znaczył w jej życiu. Ktoś z jej bliskich, albo dobrych znajomych właśnie odszedł, a ona została z tym workiem i z rozjuszonym jegomościem, który nie zrobił nic, by kobiecie było choć odrobinę łatwiej.
A może w tych godzinach, minutach, sekundach czuwała przy łóżku, może była zmęczona, może...

Nie czekałam co będzie dalej, bo musiałem i bardzo chciałam  wejść już do szpitala.

Od tamtego czasu ciągle wraca do mnie ta sytuacja.
Świat, a raczej ludzie czasem mnie zaskakują, często pozytywnie, ale bywa i tak, że czegoś zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć.