czwartek, 22 grudnia 2016

Świątecznie

Obiecałam, że wrzucę zdjęcia wczoraj, ale plany planami, a życie swoje.
Czas pędzi jak szalony, a ja ostatnio czuję się jak na wielkiej karuzeli. Mam nadzieję, że w święta uda  mi się zwolnić i odpocząć.
Zaglądam na Wasze blogi i widzę wszędzie przygotowania do świąt: smakowite pierniczki, cudne wieńce, kalendarze adwentowe, piękne ozdoby.  Wszystko wykonane z taką starannością.
U mnie w tym roku pewne rzeczy odpuściłam, ale nie mogło zabraknąć w domu świątecznych akcentów.
Nie będę Was zanudzać.
Obiecałam zdjęcia więc proszę bardzo:)















wtorek, 20 grudnia 2016

Kciuki potrzebne od zaraz

Niby przestawiam te wszystkie świeczki, gwiazdki i inne ozdoby. Niby się staram, by dom wyglądał jak powinien, ale tak naprawdę święta to ludzie i gdy Kogoś w tym czasie nie ma w domu to trudno o świąteczną atmosferę i radość.

Ktoś, kto tu zagląda, zna naszą rodzinę i wie kim jest dla mnie człowiek ze zdjęć.



A kto Go zna to wie, że to twardziel, bo mimo dużej niepełnosprawności zdobył Mont Blanc, Aconcaguę, Elbrus, Kilimandżaro i wiele innych szczytów.
Ale ja zawsze powtarzam, że najtrudniejsze szczyty zdobywał w szpitalach walcząc o swoje życie i zdrowie.
I teraz też od kilku dni jest w szpitalu. Zostanie tam przez całe  Święta i Nowy Rok.
Jest mu ciężko.
A w domu choć choinka ubrana i w każdym kącie świąteczny akcent, to te Święta "biorę na przetrwanie", i tak naprawdę będziemy świętować dopiero jak wróci.
Jestem pewna, że jak się poczuje lepiej i tu zajrzy, to "ukręci mi głowę" za to, że wspomniałam Wam o tych Jego górach. On zawsze powtarza, że to nic takiego i  nie ma się czym chwalić.

Jeśli możecie, to trzymajcie mocno kciuki, żeby wszystko się udało.
Przyda się każda dobra myśl:)

A jutro postaram się wrzucić kilka świątecznych zdjęć moich kątów.
Mimo wszystko i tu się musi znaleźć jakiś świąteczny akcent:)

wtorek, 13 grudnia 2016

Magia

My, urodzeni w latach 70-tych dobrze pamiętamy jak waliło nam serce przy nagrywaniu jakiegoś kawałka z radia na radiomagnetofon. Niektórzy mieli Kasprzaka, inni Grundiga-kaseciaki:) Trzeszczało, bo antenka krótka, jakość dźwięku taka, że tylko płakać, ale radość z luksusu, że można sobie puścić kawałek kiedy się chce-bezcenny:).
Czasem jak tak sobie wszystko przypominam, to widzę tyle różnic w tym naszym życiu wtedy i dziś.
Życie towarzyskie, kontakty międzyludzkie-te pojęcia mają teraz zupełnie inny wymiar.
Które z naszych dzieci potrafi sobie wyobrazić, że po nieobecności w szkole zaległych lekcji nie przysłała koleżanka mailem, czy sms-em, a trzeba było czasem zasuwać na drugi koniec miasteczka, pukać do drzwi, a bywało, że i wrócić bez niczego, bo Gośki, czy Kaśki nie było właśnie w domu.
Gdy człowiek chciał się spotkać z koleżanką, to leciał do niej pod blok i darł się: Grażyna!!! A Grażyna, po kilku takich wrzaskach pojawiała się w jednym z okien na czwartym piętrze i machała ręką. Wtedy dopiero człowiek gnał do góry. Przecież nie było sensu pędzić na czwarte piętro bez sprawdzenia czy jest w domu.
Z tym darciem pod domem, czy blokiem to była wtedy jakaś norma. Teraz sąsiad jak nic zadzwoniłby na policję słysząc takie hałasy. No ale po co się drzeć jak są telefony i smsy.
Grażyny rodzina mieszkała jeszcze wtedy w kawalerce: mama, tata, brat i Ona. Nigdy Jej rodzicom nie przeszkadzało, że tam przesiadujemy i nigdy moim nie przeszkadzało, że Ona ciągle bywa u nas. Lekcje odrabiałyśmy czasem u niej w łazience na pralce, bo pokój był zajęty przez innych domowników. Bez telefonu, internetu i własnego pokoju  Grażyna uczyła się bardzo dobrze.

Pamiętam świat: miasta, sklepy, ludzie...-wszytko miało inny kolor niż teraz, a raczej było pozbawione wielu dzisiejszych kolorów. Świateł też. Neony były tylko na niektórych budynkach, a teraz świeci się prawie całe miasto. Wtedy różów, fioletów, turkusów, odcieni błękitów było mało.
Ale ten mniej kolorowy świat był chyba jednocześnie mniej powierzchowny.
Ludzie rozmawiali więcej, zatrzymywali się przy sobie na dłużej, cieszyli się z drobniejszych rzeczy.
I pomimo tej szarości świata, tego braku dostępu do słodyczy, jedzenia, ubrań  to nasze  życie wcale nie było szare.
Magia była we wszystkim: w pachnącej chińskiej gumce, której zapach pamięta wielu z nas do dziś, w tym trzeszczącym kaseciaku, w farbowaniu tetry by wyczarować z niej piękną kieckę i w zasuwaniu na drugie osiedle po lekcje do koleżanki.
Kto przeżył dzieciństwo i młodość w tamtych latach wie doskonale o czym mówię:)
Młodsi tego nie pojmą, bo wychowali się w rzeczywistości zupełnie innej. I wcale się temu nie dziwię, no bo przecież ja sama już nie potrafię wyobrazić sobie życia bez komórki, internetu i innych dobrodziejstw współczesnego świata.

To, że my w tych pachnących gumkach i kaseciakach  mieliśmy magię swojego dzieciństwa to pewne.   
Następne pokolenia też  będą miały swoją magię, ale w zupełnie innych rzeczach. Inne przedmioty i wydarzenia będą wspominać z łezką w oku i może  też  z tęsknotą:)
Ale najważniejsze, by nie wszystko było dla nich takie zwyczajne i "po prostu", i żeby chciało im się jeszcze o czymś marzyć i czegoś pragnąć.

 A te wspominki to przez grudzień. Święta za moment i człowiek jakoś tak częściej wraca do przeszłości:)

I jeszcze kilka fotek, ale niech Was nie zmylą te zdjęcia. W wielkiej tajemnicy Wam powiem, że mamy jedną taką małą panienkę, która wszystko nam przekłada, przesuwa, przenosi... Jednym słowem, albo w dwóch: Zośka Demolka:)
Wczoraj ubraliśmy choinkę, a dziś widzę jak Zosia kolejny raz zdejmuje niektóre świecidełka, układa w wózku dla lalek  (nie mam pojęcia dlaczego?) i maszeruje z tym swoim łupem tam, gdzie jej się właśnie podoba:)



 





czwartek, 10 listopada 2016

To, czego nie widać...

Wrzucam tu czasem zdjęcia domu. Widzicie jakieś meble, czasem bukiet kwiatów, od czasu do czasu nas jak się po tym domu kręcimy. Ale chciałam Wam powiedzieć, że to co najważniejsze nie jest widoczne na pierwszy rzut oka.

Dom jak dom.... tu szafka, tu stolik, tam okno, ściana...
Idę po schodach i złość mnie ogarnia na psa, który swoimi pazurami robi rysy na drewnianych stopniach. A taki skubaniec jest, że jak tylko któraś z moich córek poleci na górę, on z miejsca rusza za nią. Czasem sobie obiecywałam, że już nigdy w domu żadnych zwierząt, ale odkąd mieszkam na swoim zawsze zwierzęta u nas jakimś dziwnym trafem lądowały. Zazwyczaj zupełnie przypadkiem. Zresztą w moim domu rodzinnym było tak samo.
A ślady rąk na białej ścianie... Czasem ktoś się oprze, czasem jakieś dzieciaki gonią po schodach i z rozpędu przyłożą obydwie, nie zawsze czyste łapki...
A szyby drzwi tarasowych...Z jednej strony Zośka przykłada uślinione  usta, z drugiej pies smaruje brudną łapą w ten sposób dając znać, że ma dość gonienia po podwórku.
I co z tego, że obydwie ze starszą córką na zmianę staramy się te szyby przecierać?
Za chwilę i tak Zośka przyklei się z jednej, a Bob z drugiej strony i będzie to samo.

Dom który żyje chyba nie może być idealny.
Gdzie człowiek się nie obejrzy, widzi ślady zostawione przez pozostałych domowników.
Tu rzucona w pośpiechu książka, tam wyciągnięty i po chwili zapomniany wózek dla lalek, pokruszone ciastko bo jakoś tak wyszło... i piłka do nogi w salonie, bo młodsza córka niosąc ją z podwórka do swojego pokoju czasem tu właśnie zrobi przystanek, a dalej jakimś dziwnym trafem poleci już bez niej.

Na zdjęciach tego nie widać, ale  te nasze ślady są w każdym kącie domu, w każdym zakamarku.
I muszą być, bo bez tego to miejsce nie byłoby nasze.
I choć często jestem zła na psa, na dzieci, to za chwilę pukam się w głowię i myślę sobie, że przecież mam szczęście, że ma kto odbijać te łapy na ścianach, mam szczęście, że jest ktoś, kto tę piłkę właśnie rzucił byle jak w pokoju i ten wózek dla lalek wyciągnął na środek.
I już mi to wszystko zupełnie nie przeszkadza.


A u nas czasem tak: zamiast blogerskiego pięknego autka po salonie jeździ sobie wielki, plastikowy, żółto-zielony jeep)


I kilka zdjęć z ostatnich prawdziwie jesiennych dni, bo dziś rano już szron dookoła i mróz.


wtorek, 1 listopada 2016

"Umarłem cztery razy"- słodko-gorzka opowieść o życiu

Tak się ostatnio złożyło, że do Krzysztofa wpadł kolega i przyniósł mu w prezencie książkę-opowieść o człowieku żyjącym od lat w cieniu choroby nowotworowej, człowieku, który przekracza wciąż kolejne granice i udowadnia, że można.
Bo czym innym, jak nie przekraczaniem granic jest dwukrotne ukończenie Ironmana przez kogoś, kto oddycha tylko jednym płucem. I z tym jednym płucem staje na szczytach Kilimandżaro, Aconcaguy, Elbrusa, czy Mount Kenya.
Ale jeśli ktoś myśli, że biorąc do ręki tę książkę trafił właśnie na prostą, motywująca opowieść o niepełnosprawnym, któremu wszystko idzie gładko, to jest w błędzie.
Ta książka jest o życiu, a jak to w życiu bywa, często za marzenia, za przekraczanie granic płaci się wysoką cenę.
Bohater książki osiągnął bardzo dużo, ale...
No właśnie. Autorka książki Julia Lachowicz pokazuje też i te ciężkie momenty: rozpady kolejnych związków, utratę firmy, uporczywie powracające problemy zdrowotne...
Jednym słowem: życie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że bohater  to właśnie ten  kolega, który wpadł do Krzyśka i przyniósł mu w prezencie książkę.

Na okładce przeczytamy:
Piotr Pogon
1 płuco, 2 medale Ironmana, 4 daty urodzenia, 30 lat z nowotworem, 94 blizny po operacjach, 2800 km przebiegniętych w zawodach, 34 333- łączna wysokość zdobytych szczytów.

W jeden wieczór przeczytałam książkę ja, w drugi Krzysztof.
Ja Piotra nie znam. Krzysztof z Piotrem znają się od dawna i razem brali udział w wyprawie na Kilimandzaro.
Każde z nas, to znaczy ja i Krzysztof, zupełnie inaczej odbieramy niektóre fragmenty książki. I wcale mnie to nie dziwi, bo Krzysiek tak jak Piotr ma duszę zaprogramowaną na walkę i zwycięstwo. Zdobywanie to Ich życie i pasja, a wysoka cena jest w to wszystko wkalkulowana.
Ja natomiast to zupełnie inna bajka. Sport ogranicza się u mnie do przejechania 40 km rowerem:) i nie umiałabym chyba ryzykować życia, by stanąć na szczycie kolejnej góry. I tu sama z siebie zaczynam się śmiać, bo mało nie przypłaciłam życiem wyjścia w nasze Tatry.  W drodze na Pięć Stawów poślizgnęłam się i uderzyłam głową w płytę kamienną. Miałam dużo szczęścia bo skończyło się tylko rozcięciem głowy i strachem:) I to dowód, że ryzykujemy wszędzie.
Podziwiam Piotra, ale nie do końca pojmuję. Natomiast Krzysiek rozumie ten pęd do walki bardzo dobrze.

Umierałem cztery razy  Julii Lachowicz - polecam.





poniedziałek, 31 października 2016

Dynia:)

 Najkrótszy post:) Zawsze gadam i gadam, a dziś tylko dynia:)

Worek

Jakiś czas temu siedziałam w samochodzie na parkingu i gapiłam się na schody. Szła po nich starsza kobieta i taszczyła spory worek, taki foliowy na śmieci. Gdy widzę podobny obrazek w szpitalu domyślam się, że te rzeczy w worku już się raczej nie przydadzą temu, kto był ich właścicielem. 
A w worku zapewne jakieś ubrania, które miały przywilej być noszone w ostatnich chwilach życia... może kubek do herbaty, maszynka do golenia, grzebień, może obrazek z ostatniego namaszczenia zostawiony przez księdza...

Zeszła kobieta po schodach niosąc ten worek, a on z racji swojej funkcji pewnie był cięższy niż inne worki podobnej wielkości. Kierowała się w stronę samochodu w którym siedział młody mężczyzna. Mężczyzna mógł być z powodzeniem jej synem /różnica wieku i duże podobieństwo na to wskazywały/. Na widok kobiety wyskoczył z samochodu...
I tu chyba każdy na moim miejscu byłby przekonany, że za chwilę zobaczy, jak mężczyzna troskliwie pomaga staruszce, jak wyrywa ten nieszczęsny worek z jej rąk, otwiera drzwi auta...

Ale tak się nie stało, a w zamian tego ja stałam się świadkiem sceny, która od kilku już tygodni siedzi w mojej głowie.

A scena wyglądała tak: 
Człowiek z samochodu doskoczył do starszej kobiety i zaczął ją dość głośno objeżdżać za to, że nie potrafiła załatwić do tej pory aktu zgonu. Używał słów niecenzuralnych, a z jego krzyku wynikało, że  był zły na lekarzy i na tę kobietę, bo według niego obydwie strony nawaliły: lekarze nie wypisali aktu zgonu od razu, natomiast kobieta nie potrafiła ich do tego zmusić.

Kobiecina zapewne i bez jego ataków miała ciężki dzień. Nie mam pojęcie kim był dla niej właściciel rzeczy z worka, ale jeśli to właśnie jej przypadło odebrać ten worek i akt zgonu, to chyba był ktoś, kto coś znaczył w jej życiu. Ktoś z jej bliskich, albo dobrych znajomych właśnie odszedł, a ona została z tym workiem i z rozjuszonym jegomościem, który nie zrobił nic, by kobiecie było choć odrobinę łatwiej.
A może w tych godzinach, minutach, sekundach czuwała przy łóżku, może była zmęczona, może...

Nie czekałam co będzie dalej, bo musiałem i bardzo chciałam  wejść już do szpitala.

Od tamtego czasu ciągle wraca do mnie ta sytuacja.
Świat, a raczej ludzie czasem mnie zaskakują, często pozytywnie, ale bywa i tak, że czegoś zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć.

niedziela, 30 października 2016

Październik

Jesień rozgościła się u nas na dobre. Są i pozytywne strony tego wszystkiego. Teraz mniej gonimy gdzieś tam przed siebie, a częściej odpoczywamy i odrabiamy zaległości w rzeczach na które szkoda nam było czasu w lato. Dom stał się azylem, który chroni przed zimnem i zawieruchą. Przykro mi, że taras nie jest już przedłużeniem salonu.
Z jednej strony tęsknię za otwartymi na okrągło drzwiami do ogródka, ale z drugiej cieszę się, że tu mam ciepło i przytulnie.
Byle do wiosny :)


A Zosia z nudów maluje drzwi:) Tak żeby nikt nie widział:)







czwartek, 6 października 2016

Motyl z szuflady

Nie pamiętam już, czy to była wiosna, lato, czy jesień.Wiem tylko, że było to na tyle dawno, by tamten etap życia móc już oddzielać grubą krechą tak po prostu, bez emocji.
Któregoś dnia wyhaczyłam na Allegro komodę do salonu. Wpadła mi w oko secesyjna, niedroga i na dodatek pisało, że w dość dobrym stanie. Wylicytowałam, zapłaciłam i czekałam.
Za kilka dni przyjechała. Kurier wytargał ją na podwórko, a potem wciągnęliśmy nowy nabytek do domu. Cała była owinięta folią, więc rozwijałam ją niecierpliwie jak dziecko, które dorwało pudełko czekoladek. Była taka jak chciałam, duża, piękna, stara i faktycznie bez większych uszkodzeń. Miała dwie szuflady. Pomału wysuwam jedną z nich, a w niej.......motyl-rusałka pawik.
I to nie żadna bajka albo przewidzenie. Po tylu latach czasem sama się zastanawiam, czy to nie był dziwny sen, ale w tamtym pokoju oprócz mnie było jeszcze kilka osób i wszyscy widzieli motyla w szufladzie. Ostatnio spytałam o to starszą córkę, tak żeby się upewnić. Pamiętała.
Tamtego dnia motyl z trudem wyfrunął z szuflady. Skrzydła miał chyba uszkodzone i lot jego nie był taki lekki jak powinien.
Otworzyłam drzwi na taras i przy naszej pomocy wylądował na jakimś krzaku.

Byli tacy, co wtedy mówili, że to na szczęście, a inni straszyli wielkim pechem.
Minęły lata, komoda została w tamtym domu, a kurze z niej ściera ręka innej kobiety. Ściany salonu pomalowała na swoje kolory, bo pewnie źle się czuła w tych, co wybrałam.
Do nowego domu kupiłam inne komody, tym razem już bez motyla w szufladzie.
Czy motyl z szuflady był na szczęście, czy nie trudno jest mi powiedzieć.
Bo tak sobie myślę, że to co  dla jednego jest wielkim  sukcesem, dla drugiego może być nic nieznaczącym epizodem.

A ja?
Ja mam swoje miejsce na ziemi, swój dom, dzieci i Kogoś, kto od lat w  ciężkich chwilach jest wsparciem:)
Wszystko to, co mam znaczy dla mnie bardzo dużo. Smarowanie masłem chleba, herbata na tarasie mimo chłodu, telefony córek w odstępach minuty, gdy jedna skarży na drugą, że właśnie tamta jest najgorsza na świecie:) i sms od Niego, choć dopiero co każde z nas wyszło z domu do pracy, dym z palonego gdzieś tam ogniska zmieszany z zapachem suchych liści i wieczorną mgłą-taki znak, że już jesień ...
I niby to zwykłe, codzienne sprawy, których jest mnóstwo i które krążą ciągle wokół nas, albo my krążymy w okół nich.
Wiem wiem, że już o tym kiedyś pisałam i inni też pisali nie raz. Ale ja co dzień się łapię na tym rozpędzaniu i niezwracaniu uwagi na rzeczy istotne.
A jednocześnie ze zdziwieniem odkrywam, że to moje "tu i teraz" jest najważniejsze.

poniedziałek, 19 września 2016

Za zakrętęm

Nigdy nie wiemy co nas spotka za zakrętem.  Być może dzień, który zaczął się źle przyniesie nam nieoczekiwanie coś pozytywnego.
Dobrych kilka lat temu, w dość trudnym okresie życia, Krzysiek wstał rano, wsiadł do samochodu i ruszył przed siebie.
To Jego "przed siebie" nie było takie zupełnie przypadkowe, bo kierował się w stronę Tatr, a dokładniej w stronę Kościeliska.
Do gór ciągnęło Go od młodości, poza tym w Kościelisku mieszka Jego kolega, którego poznał po wypadku i od dwudziestu kilku lat są w kontakcie.

Tak sobie jechał w stronę tych Tatr  i niby był kwiecień, ale z nieba sypały ogromne płatki śniegu.
W okolicy Babiej Góry wszystko było białe, a świerki uginały się pod ciężarem mokrego śniegu.
Krzysiek nie myślał wcale o letnich oponach w swoim starym Mercedesie, bo w głowie "siedziały" mu problemy z którymi wtedy starał się jakoś uporać. "Doła" miał przeokropnego, takiego z najwyższej półki.
Z tego ponurego zamyślenia wyrwał Go widok porzuconego roweru z sakwami. Obejrzał się, ale przy rowerze nie było nikogo. Pojechał dalej, a potem zawrócił. Chciał sprawdzić czy ktoś nie potrzebuje pomocy. W zasadzie wcale nie chciał, ale sumienie Go do tego zmusiło:). Był pewny, że pakuje się w jakieś kłopoty. Stanął przy rowerze i zaczął wołać. Po jakimś czasie z krzaków wyszedł mężczyzna w krótkich spodenkach. Krzysiek ze zdziwieniem obejrzał delikwenta, bo ten mimo zerowej temperatury miał na sobie lekkie ubranie i cały telepał się z zimna. 
Zaczęła się rozmowa trochę po angielsku, trochę po rosyjsku, a trochę na migi:)
Okazało się, że człowiek z krzaków to Belg, podróżnik, który na rowerze wędruje po Europie. Noc spędził  właśnie w tych krzakach, w swoim malutkim namiociku.
Alex, bo tak ma na imię, pokazał palcem na mapie, że chce dojechać do Oświęcimia.
Krzysiek zmienił plany, wsadził rower Alexa do bagażnika, włączył nawiew w samochodzie tak, by porządnie wysuszyć i ogrzać nieznajomego, i ruszył w przeciwną stronę niż zamierzał.

Od tego zdarzenia minęło już dobrych parę lat. Tak naprawdę nie wiadomo kto komu pomógł wtedy bardziej.
Tamte problemy Krzyśka już dawno przestały być ważne, ale za to znajomość z Aleksem trwa do tej pory.
Rok temu, późną wiosną Krzysztof dostał od Alexa sms-em zdjęcie na którym widać puszkę piwa Żywiec, a w tle żywiecki park. To był znak, że Alex jest w Żywcu. Oczywiście przyjechał na swoim rowerze i mieliśmy przyjemność gościć Go u siebie.

A dlaczego właśnie teraz o tym piszę?
A no dlatego, że Alex prawie dwa miesiące temu znów wyruszył w kolejną podróż.Tym razem zaczął od północy Europy, potem zahaczył o wschód, a z Litwy ruszył do Polski i w ten weekend, ku naszej wielkiej radości, przypedałował do Żywca:) 
I opowiadał nam o swoich podróżach, o rodzinie, o kraju w którym mieszka. Tak naprawdę gadamy na przeróżne tematy i zawsze tego czasu jest mało, by dowiedzieć się wszystkiego. No a przecież wszystko jest ważne:)

Czasem warto mimo kłopotów i jak się nam nieraz wydaje stanów beznadziejnych zrobić krok do przodu, bo nie wiadomo, co lub kto czeka na nas za następnym zakrętem drogi.
Choć jeden krok na początek, by ruszyć z miejsca...

A Alex?
Kręci już pedałami w okolicach Bratysławy i jak dobrze pójdzie, za około dwa tygodnie, wróci do swojej Christine, która czeka na Niego cierpliwie w Belgii:)
Dodam, że Aleks ma 63 lata i dziennie na rowerze, na którym ma zawieszone wielkie sakwy, wpakowane wszystkim co mu potrzebne w drodze, robi około 80km, a rocznie około 10000km. Po drodze stara się zobaczyć możliwie najwięcej i jak najwięcej udokumentować robiąc setki zdjęć.

Trzymamy mocno kciuki i mamy nadzieję na spotkanie w przyszłym roku:)